recent

Scottish Blues Weekend

Big Jon Atkinson (fot. Marcin Puławski)

Blues to rodzaj muzyki opierający się na specyficznej formie masowego odbioru, która znacznie różni się od innych stylów w muzyce. Blues jest płynny, niezobowiązujący, oddycha się nim jak powietrzem, choć jest niewidoczny.  Zawiera się w innych muzycznych gatunkach, choć często o tym nie wiemy. Obcujemy z nim wszędzie, nie zdając sobie z tego sprawy: na ulicy, w radiu, kawiarni, restauracji i wreszcie bardziej świadomie w domu za pośrednictwem płyty czy platformy streamingowej. Blues tworzy swoisty typ artystycznego emocjonalizmu, który towarzyszy ludzkości już od drugiej połowy XIX wieku, kiedy to powstał na tzw. głębokim południu Stanów Zjednoczonych. Popularność tego stylu rozszerzyła się na cały świat, wykształcając liczne regionalne odmiany. 

Richard O'Donnell (fot. Marcin Puławski)
Szkocja nie jest tu wyjątkiem o czym świadczy tamtejsza bluesowa scena. Największe święto tej muzyki przypada na drugą połowę lipca, kiedy w Edynburgu ma miejsce dwutygodniowy Jazz & Blues Festival.  Na fali popularności tegoż festiwalu jego organizatorzy postanowili stworzyć jego zimową edycję – The Scottish Blues Weekend. W roli prowadzącego wystąpił Richard O’Donnell, którego zadaniem był też wybór najlepszych szkockich muzyków bluesowych prezentujących bardziej tradycyjną i autentyczną formę tego stylu. Z zagranicy zaproszenie dostał norweski pianista i wokalista Øyvind Stølefjell oraz amerykański gitarzysta, wokalista i harmonijkarz Big Jon Atkinson. W rezultacie powstała trzydniowa impreza obfitująca w koncerty od wczesnych godzin popołudniowych, aż po nocne jam session. Główną sceną muzycznej akcji były sale koncertowe w St. Brides Center i Teviot Row oraz klub muzyczny VooDoo Rooms.

Jed Potts (fot. Marcin Puławski)
Skala tego wydarzenia mogła zaskakiwać, ale szybko okazało się, że na blues w Edynburgu zapotrzebowanie nie maleje nawet podczas zimowych miesięcy, aczkolwiek w bieżącym roku aura zdecydowanie bardziej przypomina wiosenną. Na inauguracyjnym koncercie w St. Bride's Center pojawił się niemal komplet publiczności. Festiwal zainaugurowali The Blue Hyenas  z gościnnym udziałem Richarda O’Donnella na klawiszach. Od samego początku było jasne, że będzie to bezpretensjonalna, pełna pozytywów muzyka głęboko osadzona w bluesowym feelingu, chociaż ze szkockim akcentem. Bez eksperymentów, za to z całym mnóstwem popisów solowych. Co z tego, że aranżacje mogły robić wrażenie nazbyt zachowawczych albo nawet skostniałych. Liczył się żywioł, radość z gry i trafnie uchwycony styl. Ogromny zapał publiczności jak i wykonawców pozwolił patrzeć optymistycznie na bluesową przyszłość tego wieczoru i jak się później okazało nie były to tylko płonne nadzieje.

Jed Potts & The Hillman Hunters zaprezentowali jeszcze bardziej energiczny materiał o wyjątkowo bogatej pomysłowości wariacyjnej. Dryblował wokalista i gitarzysta Jed Potts – niekwestionowany lider i doskonały entertainer. Jego gra była bezpośrednia i pozbawiona pętającego inwencję schematyzmu oraz przede wszystkim łatwo trafiająca do odbiorcy. Postawa zaproszonego do wspólnego występu norweskiego pianisty Øyvinda Stølefjella była tego zaprzeczeniem. Gość ze Skandynawii zasiadł za keybordem z lekko zagubionym i zakłopotanym wyrazem twarzy, jakby do końca nie wiedział jeszcze, że jest już na scenie. Przypuszczenia potwierdziły się, kiedy w jednym z utworów zaczął śpiewać w złym kluczu, przez co zespół zmuszony był zagrać go od początku. Był to jednak przełomowy moment dla lekko speszonego Norwega. Zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje, wezbrał się w sobie i od tamtej pory grał jak natchniony. Got My Mojo Workin’ zabrzmiał kapitalnie. Chociaż nie dał tego po sobie za bardzo poznać, to w jego oku pojawił się błysk, na twarzy lekki, nieśmiały uśmiech, a w systemie nerwowym bluesowy instynkt! 

Øyvind Stølefjell (fot. Marcin Puławski)
Kłopotu z właściwym wejściem w swój koncert nie miał gitarzysta Al Brown i jego The Bluelighters. Od początku prezentowali oni swój metodyczno-harmoniczno-dynamiczno-rytmiczny manifest, dowodząc że blues nie podlega prawom starzenia się i rozkładu. Zaproszony do wspólnej gry, pochodzący z amerykańskiej Wirginii Big Jon Atkinson kultywuje tę na pozór archaiczną odmianę bluesa. Sposób jego narracji jest zdecydowanie bliższy korzeniom tego stylu niż współczesności i co najważniejsze robi to w sposób autentyczny i szczery. Big Jon zgodnie z przypuszczeniami szybko zdobył swoje miejsce w sercach szkockiej widowni i jako największa gwiazda festiwalu – przydomek do czegoś zobowiązuje – zagrał również na koncercie wieńczącym i podsumowującym całe wydarzenie, podczas którego miało okazję pokazać się wielu innych artystów występujących podczas festiwalu jak m.in.: Thomas Lucas na harmonijce ustnej oraz niestrudzony Richard O’Donnell i Øyvind Stølefjell, który rozkręcił się w Edynburgu na dobre, skutecznie zacierając piątkowe fiasko i stając się jedną z najbarwniejszych postaci i duszą całej imprezy. Po raz kolejny usłyszeliśmy więc żywiołowy tradycjonalizm, płomienne bluesy, które niczym cantus firmus w starym kontrapunkcie dawały jedyną w swoim rodzaju całość: wciąż świeżą, za każdym razem odradzającą się, a przecież ciągle niezmienną. Konserwatyzm będący zarazem nowatorstwem – ot i cały przepis na światową karierę bluesa! 

Al Brown & The Bluelighters (fot. Marcin Puławski)

Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus