recent

Belgijska inwazja jazzowa


Fabrizio Cassol (fot. Marcin Puławski)
Jeśli ktoś kiedykolwiek chciałby określić położenie kulturalnej stolicy świata, to wybierając Edynburg miałby całe mnóstwo argumentów, aby swoją decyzję obronić. Stolicę Szkocji rokrocznie nawiedzają różnorodne plagi kulturalne w niezliczonych ilościach. Ich apogeum przypada na sierpień kiedy to w mieście pojawia się Fringe całkowicie je opanowując i transformując, także nawet miejscowi zaczynają czuć się u siebie jak turyści. Letnia gorączka z czasem mija, ale kulturalny wirus unosi się w powietrzu nieustannie i może zaatakować w najmniej oczekiwanym miejscu i czasie. Tak też było w dniach 7 - 9 lutego, kiedy przez miasto przeszła belgijska inwazja jazzowa.

Tcha Limberger (fot. Marcin Puławski)
THRILL! Jazz from Brussels to nowość! Nikt wcześniej o tym w Ednburgu nie słyszał, ale na wszelki wypadek Szkoci wystawili swoje najlepsze przeciwciała w postaci takich bandów jak: Rose Room, Strata, Colin Steel Quintet oraz Laura MacDonald’s History of Sax. Belgijska ofensywa rozpoczęła się od smyczkowego Les Violons de Bruxells pod dowodzeniem wirtuoza skrzypiec Tcha Limbergera. Cygański jazz okazał się doskonale dobraną taktyką, bowiem szkocka publiczność już po pierwszych frazach chodziła zgodnie z kierunkiem pociągnięcia smyczka lidera. Kwintet zaprezentował doskonale znane standardy jak m.in.: Sturdast i Avalon oraz własne kompozycje - wszystko w typowo brukselskich aranżacjach. Każdy utwór zagrany był z niezwykłą lekkością, polotem i rozmachem godnym najlepszych artystów tego gatunku. Inspiracją kwintetu był oczywiście legendarny Django Reinhardt, którego duch towarzyszył również podczas kolejnego koncertu tego wieczoru.

Seonaid Aitken (fot. Marcin Puławski)
Rose Room, na czele którego od dziewięciu lat stoi skrzypaczka i wokalistka - Seonaid Aitken zaprezentował bardzo zbliżoną stylistykę, ale będąc pod wrażeniem poprzedników musiał lekko skorygować swój program. Tutaj również usłyszeliśmy mikst standardów z lat 20. i 30. oraz utwory własnej kompozycji, spośród których wyróżniały się La Petite Valse, Edge of Love oraz High life. Profesjonalizm, muzykalność i precyzja wykonania nie podlegały żadnym wątpliwościom. Nic dziwnego, że to właśnie ten zespół uznany został za najlepszy podczas ostatniego Scottish Jazz Awards. Publiczność w Queen’s  Hall, która wybudowana została jako Hope Park Chapel już w 1823 roku mogła być w pełni usatysfakcjonowana. Takiego natężenia i takiej jakości gypsy jazzu prawdopodobnie tu jeszcze nigdy nie słyszano.

Graham Costello (fot. Marcin Puławski)
Miejscem kolejnej szkocko - belgiskiej potyczki było St. Brides Center - jeszcze jeden kościół w Edynburgu, który został odpowiednio zrekonstruowany na potrzeby wydarzeń kulturalnych. Wydaje się, że niektóre kraje - nie trzeba wskazywać jakie - mogłyby wziąć przykład i zrobić przynajmniej z częścią swoich „boskich przybytków” podobnie. Maniera wykonawcza szkockiego bandu Strata i belgijskiego Urbex znacznie różniły się między sobą, aczkolwiek w obydwu przypadkach instrumentem przewodnim była tam perkusja. Graham Costello - drummer i kompozytor Straty był niczym ogniwo zapalne, które ruszało z miejsca tą pełną fuzji jazzu, rocka i klasycznego minimalizmu machinę. Zespół zaprezentował samodzielnie stworzoną i bezkompromisową muzykę opierającą się na stałym groovie z upodobaniem do długodystansowych improwizacji i polirytmii tworząc na wskroś współczesny język twórczy.

Antoine Pierre (perkusja) - głównodowodzący grupy Urbex operował jeszcze bardziej ostrym i radykalnym językiem muzycznym, często przepojonym głęboką emocją, ale i nacechowanym własną odrębnością. Co ciekawe podstawą formotwórczą był rytm, ale na tyle złożony i kompleksowy, że z powodzeniem konkurować mógłby z podziałami rytmicznymi tworzonymi przez bliskowschodnich, czy też afrykańskich artystów. Egzekucja wykonanie przy tym perfekcyjna - z finezją, wyrafinowaniem i luzem. Belgijski jazz okazuje się być bardziej nowatorski, niż mogłoby się nam wydawać, ale że i konkurencja w Europie nie śpi, to nawet takie zespoły jak Urbex wciąż czekają na szersze rozpoznanie. Antoine Pierre i spółka na szczęście są jeszcze bardzo młodzi więc mają czas na otoczenie się nimbem pompatycznego splendoru.

Antoine Pierre (fot. Marcin Puławski)
Trio Aka Moon zaliczyć można do nieco starszej generacji muzyków, aczkolwiek temperamentem - przynajmniej tym muzycznym - nie odbiegają od swoich młodszych pobratymców. Oni również z upodobaniem syntezują jazz z innymi gatunkami, ale w ich przypadku najbardziej dostrzegalny jest rockowy pazur. Usłyszeliśmy więc furiackie sola saksofonowe (Fabrizio Cassol), basowe (Michel Hatzigeorgiou) i na perkusji (Stéphane Galland). Jednak przede wszystkim trio te to jednolity, doskonale brzmiący muzyczny organizm. Idealne zharmonizowanie gry świadczy o latach wspólnych doświadczeń na scenie, a werwa i impet z jakim grają dowodzi o nieziemskich siłach witalnych jakie daje tej trójce wspólne muzykowanie. Innymi słowy - czad!

Szkodzka odpowiedź na Aka Moon była bardziej konwencjonalna i skupiona na jazzowej tradycji, a uściślając - tradycji saksofonowej. Laura MacDonald jest czołową artystką w UK grającą na tym instrumencie co pozwoliło skompletować jej wyjątkowo wyborny kwartet, w którego skład wchodzili: Steve Hamilton - fortepian, Mario Caribe - kontrabas, Doug Hough - perkusja. Ich krótki set zorientowany był na kompozycjach takich legendarnych saksofonistów jak: John Coltrane, Michael Brecker i Kenny Garrett. Zwolennicy jazzowego mainstreamu mogli czuć się w pełni usatysfakcjonowani.

Laura MacDonald (fot. Marcin Puławski)
Niezwykle istotnym miejscem na mapie Edynburga podczas festiwalu był zdecydowanie najlepszy klub jazzowy w mieście - Jazz Bar. To właśnie tam późnym wieczorem dochodziło do najbardziej spontanicznych występów przynoszących najmniej oczekiwane efekty, które być może najlepiej definiują jazz jako muzykę improwizowaną, czyli The Sound of Surprise. Wystąpili tam: Thrill! Sextet, Mâäk Quintet, Oriental Jazz Project, Martin Salemi Trio, Brandhaard, Echoes of Zoo. Niekwestionowaną gwiazdą okazała się jednak Esinam Dogbatse - artystka o ganijskich korzeniach, której solowy projekt na flet, wokal, perkusjonalia oraz keyboard okazał się prawdziwą sensacją. Wykorzystanie loopów i innych efektów elektronicznych podczas takich występów nie jest nowością, ale wyobraźnia muzyczna, którą obdarzona jest Esinam przeniosła ten występ na zupełnie inny poziom muzycznej percepcji. Była to prawdziwie spirytualistyczna muzyka niosąca niezwykle pozytywny przekaz, z tanecznymi, hipnotycznymi rytmami, czarującym groovem i przepięknymi sonorystycznymi pejzażami, które mogły powstać tylko w głowie tak uroczej i rozbrajającej osoby jaką jest Esinam. 

Rozgrywka pomiędzy belgijskimi i szkockimi artystami pozostała oczywiście nierozstrzygnięta, a belgijski jazzowy wirus ostatecznie wszystkich wzmocnił, zarówno tych po stronie artystów jak i publiczności, która nie zawiodła licznie pojawiając się na koncertach. THRILL! Jazz from Brussels przyniósł naprawdę sporą dawkę muzycznej adrenaliny i pozostaje mieć nadzieję, że konwencja tego festiwalu będzie kontynuowana. Muzyka bez granic!

Esinam (fot. Marcin Puławski)
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus