recent




Rozmowy w amoku #6 - Podsumowanie roku 2017


Konrad Beniamin Puławski: Kochani, rok 2017 za nami. Końca świata, jak nie było, tak i nie zapowiada się, że takowy będzie. Ku radości tej niezłomnej rozpoczynamy nasze coroczne rozmowy w amoku w ramach wielkiego podsumowania. Co Was zdumiało, co zasmuciło, na czym spędziliście najdłuższy czas przesłuchiwań, a co Was zawiodło. Oczekujecie wielkich powrotów w 2018, czy może 2017 dał Wam wszystko, za czym tęskniliście? Forum uważam za otwarte!

Chris Cornell
Zachary Mosakowski: Pierwszy, jak nigdy! Co mnie szczerze zdumiało? Że w 2017 roku nadal czas i tragedie nie oszczędzały świata muzyki. Chester i Cornell to chyba najjaśniejszy przykład.

Dawid Zielonka: Nie zapominajmy, że wczoraj (13 grudnia 2017 – przyp. aut.) pożegnaliśmy Warrela Dane'a. Smutek straszny i gorzki powód do powrotu do muzyki Nevermore. A 2017 ogólnikowo podsumuję jako rok przesytu, bo tyle muzyki na wysokim poziomie się ukazało, że czuję się ogromnie tym przytłoczony. Dzieł wiekopomnych jednak nie odnotowałem.

Krzysztof „Lupus” Śmiglak: Nie tylko Warrel wczoraj odszedł, ale też Jan „Yach” Paszkowski, zasłużona postać dla polskiego wideoklipu i trójmiejskiej sceny muzycznej…

Michał Pick: Ja standardowo nie jestem specjalnie na bieżąco z „nowościami”, ale coś tam jednak udało mi się przesłuchać. Chciałbym jednak zacząć od tego, że ten rok to kolejna wielka strata dla współczesnej muzyki rockowej – mam na myśli Chrisa Cornella. Jego śmierć konkretnie mną wstrząsnęła. Zdaje sobie sprawę, że odeszło mnóstwo uznanych muzyków, by wymienić tylko Chucka Berry'ego czy Toma Petty'ego, ale to jednak strata Cornella dotknęła mnie najbardziej. Soundgarden to jeden z ważniejszych zespołów, jeśli chodzi o mój muzyczny rozwój, a Temple of the Dog, które również firmował Cornell, to jeden z najwspanialszych około-rockowych projektów, jakie znam.

Marcin Puławski: Z wiekopomnymi płytami czasami bywa tak, że dopiero po latach okazuje się, że są wiekopomne. Ja też w tym roku takich nie słyszałem, ale kto wie, czy w niedalekiej przyszłości rocznik 2017 nie okaże się pod tym względem wyjątkowy?

Mariusz Duda
KLŚ: Wiekopomnych może nie było, ale ważnych i istotnych parę by się znalazło, pośród nich, naturalnie moim zdaniem, na pewno „Fracutred” Lunatic Soul.

DZ: Nowy album Lunatic Soul to nie tylko moja ulubiona polska płyta roku, ale chyba też i w ogóle najlepsza płyta, jaką w tym roku słyszałem. Idealnie mi podpasowała stylistycznie. Są utwory krótkie, mocno nastawione na rytm oraz bardziej epickie i progresywne, które idą w niespodziewanych kierunkach jak A Thousand Shards of Heaven. Bardzo wysoko też stawiam nowy HellHaven i cieszy mnie, że przypadło mi ich płytę recenzować. Dobrze dla naszej progowej sceny, że taki zespół się pojawił i nagrywa coraz lepszą muzykę.

KBP: Ten rok był rokiem przesytu. Ja sam mam niesamowicie dużo zaległości, ale chyba wynika to z samej łatwości wychodzenia na rynek nowych zespołów. Kiedyś, jeśli coś wyszło, musiało mieć to ręce i nogi. Dziś każdy może wydać swoją twórczość. Niestety sporo na taką straciłem w tym roku czasu i nie będę nawet tutaj o tym wspominał. Co za tym idzie, dałem mało czasu na dzieła wybitne. Czy wiekopomne? Tak jak Marcin powiedział, że to raczej za wcześnie na takie decyzje, ale wybitne były. Jeśli chodzi o polską scenę to na pierwszy rzut nasuwa mi się wspomniany przez was Lunatic Soul. Duże wrażenie zrobił na mnie Krzysztof Dziedzic z płytą „Tempo”, no i oczywiście Adam Bałdych z Helge Lien Trio oraz duet Piotra Schmidta z Wojciechem Niedzielą. To pierwsze z polskich płyt, który mi się nasunęły na myśl. Jak widać, na jazzowo.

Marcin Maryniak: Lunatic Soul, które już padło, świetna rzecz, ja jestem wciąż oczarowany debiutem post metalowej ekipy Rosk, a z klimatów o wiele lżejszych myślę, że należy odnotować płytę Mroza pt. „Zew”. Broni się świetnie jako całość

DZ: Rapu polskiego prawie nie słuchałem, czekałem na nowy krążek od W.E.N.A. i się zawiodłem, ale pierwsze single z nowego krążka Rasmentalismu budzą nadzieje na kolejny dobry rap album. Taco Hemingway swoim „Szprycerem” wrócił do moich łask, mimo że przegiął z autotunem.

KBP: Taco Hemingway? Ja skończyłem na kalafiorach.

MM: Taco nie przemawia do mnie w ogóle, starałem się posłuchać i stare albumy, i "Szprycera", i jakoś nie moja bajka. Ja bym w te miejsce dorzucił Bisza. Znów zarapował na bitach producentów znanych z „Wilka chodnikowego” i wypadł genialnie. Tak sobie myślę, że zarówno „Piękno i bestia”, jak i debiut „Wilk...”, są tak genialne przez klimat i bity, bo co do rapu i treści Bisza nigdy nie ma co się doczepiać.

KLŚ: Z polskich płyt zdecydowanie Lunatic Soul za przejmująca i oczyszczającą całość, szczerość i dojrzałość.

MM: Ja zwróciłem w tym roku szczególną uwagę na polską scenę metalu. Było w czym wybierać! Zresztą można przeczytać w moim osobistym podsumowaniu.

ZM: Mało zaskakująco natomiast w polskim mainstreamie, może poza Me And That Man – genialne wypełnienie pewnej niszy na polskim rynku, takie dark country, muzyka pustyni... No, może gdzieś tam Organek wirował niedaleko tych klimatów…

Me And That Man
KLŚ: To chyba najbardziej nieoczywisty album, czyli Me And That Man i ich „Songs Of Love And Death”. Nergal i Porter stworzyli niezwykły mariaż osobowości i stylów muzycznych. Mroczny, przepełniony goryczą, smutkiem i papierosowym dymem blues wymieszany z country, hard rockiem i folkiem.

MM: O tak, Me And That Man to również świetne wydawnictwo, a nawet więcej, odsłuchanie tego na żywo potęguje jeszcze bardziej radochę z tego albumu, też pozycja obowiązkowa tego roku

KLŚ: Niestety ja się nie załapałem, mimo że grali w przepięknym Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku. Mój przyjaciel był i, mimo że to totalnie nie był jego styl, był zachwycony.

DZ: No niech wam będzie. Specjalnie mnie ta muzyka nie porwała, ale po jakimś czasie stała mi się bardzo przyjazna. Nergal odwalił kawał dobrej roboty z tą transformacją.

KBP: Wstydem byłoby o tym nie napisać. Nergal udowodnił, że jest artystą przez duże „a”. Nie tylko podjął wyzwanie wyjścia ze swojego bezpiecznego spichlerza gatunkowego, ale i zrobił to nad wyraz przekonywująca. Nie wiem, jak doszło w ogóle do powstania tego duetu, ale Portera to mógłby u nas na rynku przebić tylko Nick Cave! I chociażby za powstanie tak elektryzującego duetu należą się brawa.

Maciej Obara
Marcin P: Stworzenie listy najlepszych 15 płyt roku to zadanie wbrew pozorom bardzo trudne. Każde takie zestawienie zawsze będzie mocno niekompletne, jeśli ma się tylko świadomość tego jak wiele muzyki nie zdążyliśmy wysłuchać. Nie sposób być na bieżąco z najnowszymi wydawnictwami chociażby z tych największych wytwórni, nie mówiąc już o całej masie małych i nie mniej ciekawych, a czasami o wiele bardziej ambitnych oficyn płytowych. W efekcie mamy prawdziwy róg obfitości, z którego możemy czerpać w zasadzie bez granic. Ja jak zwykle poświęciłem dużą uwagę monachijskiej ECM założonej przez Manfreda Eichera w 1969 roku. Od 17 listopada br. cały jej katalog możemy posłuchać na Spotify i innych serwisach streamingowych. Wielu miłośników muzyki zapewne nie mogło wyobrazić sobie lepszego prezentu pod choinkę. Warto też podkreślić wkład polskich artystów w tej wytwórni. W tym roku do Tomasza Stańko, który w 31 marca wraz ze swoim New York Quartet wydał rewelacyjna płytę „December Avenue”, oraz Marcina Wasilewskiego doszedł Maciej Obara. Wreszcie! Jego muzyka idealnie wpisuje się w charakterystyczny styl ECM–u, co potwierdził na płycie „Unloved”. Pozostając przy temacie polskich artystów, którzy poprzez swoje ostatnie nagrania bez najmniejszych kompleksów nawiązują do ścisłej światowej czołówki, podkreślić należy „De Profundis” Natalii Mateo – obecnie największej nadzieję polskiej wokalistyki, „Earth Particles” Leszka Możdżera i orkiestry barokowej Holland Baroque oraz grupy EABS, która jak nikt nigdy wcześniej odświeżyła mało znane kompozycje Krzysztofa Komedy. Wybitne płyty wydane zostały też przez legendarną Blue Note (Charles Lloyd New Quartet – „Passin' Thru” oraz Ambrose Akinmusire – „A Rift In Decorum – Live At Village Vanguard”), a także niezawodny ACT music (Marius Neset – „Circle Of Chimes” i wcześniej wspomniana płyta Natalii Mateo „De Profundis”). Do najciekawszych mniejszych wytwórni zaliczyć trzeba brytyjską Edition Records, która w przeciągu zaledwie kilku lat podbiła tamtejszy jazzowy rynek. Jej wydawnictwa sukcesywnie wybierane są do czołówki najlepszych płyt roku według magazynu „Jazzwise” – jednego z najpopularniejszych wydawnictw o tej tematyce na świecie.

Voo Voo
Michał P: Jeśli chodzi o płyty, to tak jak wspomniałem na samym początku, nie ma tego dużo – bodaj największe wrażenie zrobiła na mnie „Siódemka” Voo Voo, ten materiał jest wybitnie koncertowy i te oniryczne, z wolna płynące tematy podczas występów są jak opium. Piękny tydzień według Waglewskiego i spółki. Gdybym miał ocenić ten album jednym słowem, powiedziałbym po prostu „klasa”. Całkiem miłą niespodziankę zrobiła także Ania Rusowicz, która ukryła się pod pseudonimem niXes i wydała wybitnie „wakacyjną” płytę na jesień. Nie jest to może jakaś muzyczna rewolucja, aczkolwiek całkiem przyjemne granie w duchu hippie rocka. Do połowy brzmi jak zaginiony album nagrany podczas lata miłości w San Francisco, by pod koniec wkroczyć odważnie z bardziej nowoczesnym podejściem do tych bądź co bądź retro klimatów. Podobne wrażenia odniosłem, słuchając najnowszej płyty Natalii Przybysz. Najpierw materiał ten usłyszałem na przedpremierowym koncercie i byłem mocno skonsternowany. Dalej uważam, że „Światło Nocne” cierpi na brak „Prądu” (if you know what I mean), aczkolwiek po kilkunastu przesłuchaniach można w tym wszystkim dostrzec pewną konsekwencję i urok, który wynika chociażby z tego, że cały materiał nagrany jest na setkę i całkowicie analogowo, nabiera dzięki temu, rzecz jasna, pożądanego, „vintage'owego” klimatu, ale także spójności. Ciekawe jest to, że wśród 9 autorskich numerów, najlepiej na płycie wypada ta 10. –  świetna interpretacja utworu S.O.S. tandemu Wasowski-Przybora.

Natalia Przybysz
DZ: Z tego wyczerpującego wywodu chciałbym się odnieść do Natalii Przybysz, która bardzo mi umila ostatnie dwa tygodnie. Z każdym odsłuchem podoba mi się ten album coraz bardziej, jako całość, bo jakbym niektóre utwory postawił same, to by się nie do końca broniły. Rzadko wsłuchuję się w teksty, ale tutaj same mi się wkradają do podświadomości. Fajnie, że jest organicznie, trochę rockowo. 

MM: W tym roku wyszła płyta „Zmartwychwstaniemy” Dr Misio. Płyta na poziomie, do jakiego Jakubik przyzwyczaił, więc jest solidny album. Ale bardziej skupiłbym się na singlu Pismo. Teledysk i treść kawałka zrobiły mały szum w mediach i w środowisku, i przez chwilę zbojkotował Opole. Także w ramach wydarzeń roku zagrożenie festiwalu w Opolu warte odnotowania.

DZ: No, Pismo bardzo trafne. Ale sama płyta to już zbytnia powtórka z rozrywki. Bardzo dobrze się bawię przy Hejterze, głównie przez tekst. Przaśne elektro w Halinie też całkiem niezłe. Po nas i Ochroniarz to jednak najmocniejsze momenty na płycie.

Co zaskakujące, większość albumów, które zrobiły na mnie największe wrażenie, miałem przyjemność zrecenzować dla Labo. Rok zaczął się od rewelacyjnego Eluktrick, o którym chcę, żeby wszyscy pamiętali. Bezpardonowa mieszanka funku, rocka, indie, elektroniki i popu, którą się tak rzadko słyszy w Polsce wykonaną na takim poziomie. Hidden by Ivy też zasługują na wspomnienie, bo kto by pomyślał, że new romantic może być tak żwawy w 2017 roku. Nadal nie minęła mi też miłość do elektro popu i cieszy mnie bardzo, że Polska wciąż ma się czym pochwalić. W tym roku na szczycie Baasch i Sambor. Dwa zupełnie inne oblicza tej muzyki, ale oba mnie zachwyciły. Sambor to bardziej nostalgia i melancholia. Baasch to mocne uderzenie i bujające bangery.

HellHaven
KLŚ: Wysoko stawiam HellHaven, które zrobiło mi całą wiosnę. Gęsta, niezwykła atmosfera, wielowarstwowe struktury, przemyślane korzystanie z monumentalizmu, orientalizmów i nieoczywistych rozwiązań. Formacja, której zdecydowanie warto kibicować. Ponadto Lion Shepherd wyrastający na jeden z najciekawszych nowych zespołów na rodzimej scenie, którego „Heat” udowodnił, że orientalizmy zdecydowanie nie brzmią źle, a wręcz przeciwnie, znakomicie sprawdzają się w progresywnej formule i to nawet w bardziej piosenkowej formie, nie tracąc przy tym nic ze skomplikowanych i rozbudowanych elementów. Zdecydowanie wypatruję już zapowiedzianego trzeciego albumu i odprysku grupy, który ma się skupić tylko na orientalizmie i bardziej folkowej, ludystycznej stronie swojej muzyki. Z mocniejszego polskiego grania nowy Masachist i ich „The Sect”. Monumentalne brzmienie, solidna dawka ciężaru i ostrych, soczystych riffów, mroku bez natrętnego okraszania dodatkami i rozwlekania materiału. Po prostu cios.

KBP: Ja na odetchnięcie słuchałem Royal Blood. Nie pogniewam się, jeśli tak ma wyglądać przyszłość rocka.

KLŚ: Słuchało mi się Royal Blood przyjemnie, ale bez szczególnych emocji czy zachwytu. Dużo bardziej podobał mi się debiut, choć przyznam, że te bez szczególnego zachwytu, choć na pewno nie mogę powiedzieć, że spłynęły po mnie jak po kaczce.

Josh Homme
DZ: Dla mnie te nowe Royal Blood to trochę nuda. Spodobało mi się parę drobnych eksperymentów, które trochę wzbogaciły ich repertuar, ale zero emocji ode mnie mają. O dziwo lepiej przyjęli mi się Foo Fightersi, choć jest to płyta nierówna.

KBP: To ja mam odwrotnie. Foo Fightersi mi najzwyczajniej zbrzydli. Co powiecie na kompromis w postaci Queens of the Stone Age?

DZ: Queens of the Stone Age, jak w mojej recenzji chyba wspomniałem, najpierw mnie zawiedli, a potem chwyciło, ale chyba ta płyta nie zmieści się w mojej dwudziestce.

KLŚ: Queens of the Stone Age bardzo mnie zaskoczyli, tym bardziej, że to chyba jedyna płyta tej grupy, którą przesłuchałem w całości. Porywająca, świetnie napisana i do tego z kapitalnymi grafikami do każdego numeru.

DZ: Mam edycję deluxe na winylu i potwierdzam, że jest to uczta dla oczu.

Michał P: Absolutnie niestrawne jest dla mnie najnowsze rocko–polo od Queens of the Stone Age. Homme'a dopadła przypadłość, na którą cierpi od dawna Grohl – zdecydowanie lepiej wypada jako sideman niż jako lider własnej formacji.

KBP: Ale w tym roku kontrastujące opinie.

MM: To wynika z bogactwa tego roku.

Leprous
KBP: Wychodząc na progresję, z ostatnio przesłuchanych rzeczy rzucił mi się duet Virgila z ojcem progrocka Stevem Howem. Niesamowicie szczera w swoim przekazie i budująca płyta. Przyszłość progrocka jest jednak obiecująca chociażby dzięki takim projektom jak Caligula's Horse, Big Train, Bent Knee, The Mute Gods czy też niezwykle malownicze Leprous.

KLŚ: Leprous jak zwykle klasa, miód i… malina. Nic dodać i nic ująć.

KBP: Bardzo dobrze zapowiada się przyszłość ze stajni Ora Fonogram, gdzie miałem przyjemność zrecenzować takie perełki jak formacja Wako and Oslo Strings, czy też Natali Sandtorv. Nie do końca kojarzę najnowszą płytę Sóley, a to chyba nie dobrzewróży. Płyta kompletnie mnie opuściła, chociaż nie zawiodła w takim stopniu jak Marilyn Manson. Marco Minneman też się nie postarał. Mam nadzieję, że odegra się z Rudessem i Dewą Budjana w nadchodzącej płycie „Mahandini”. To będzie hit!

DZ: Manson sprawia mi przyjemność, za mało słuchałem, żeby pisać, że mi się wybitnie podoba i go bronić. Świetny do sprzątania i wyśpiewywania wulgarnych tekstów. Trochę niepotrzebny powrót do korzeni, ale może miał ochotę się wykrzyczeć dla odmiany.

KLŚ: Nowy Manson też uważam cieniutki. Z „Bladego Cesarza” to tam może dwa numery wcisnął,  które mu zostały z sesji, a reszta to jakieś niedrobione, wymęczone kawałki, które nie łączyły się niestety w żadną całość. Szkoda, bo do „Cesarza” nadal wracam i za każdym razem szukam szczęki na podłodze.

KBP: Niektórzy mówią, że to „Blady Cesarz 2” i nie mam pojęcia, jakiej oni płyty słuchają. „Cesarz” był naprawdę przepiękny. Porównania ostatniego albumu do niego to jest największe nieporozumienie

MM: Manson mnie obleciał podobnie jak Queensi…

KBP: Z rocka wychodzi mi na myśl również najnowszy Black Country Communion. Czuć może na plecach starość, ale spędziłem przy tym naprawdę wyborne momenty, chociaż nie tyle co przy odciskach włochatej mastodońskiej bestii.

KLŚ: Co się tyczy Black Country Communion to według mnie był to najbardziej niepotrzebny powrót tego roku – wymęczony, bez pomysłu, z przaśnymi klawiszami Sheriniana, który się strasznie ostatnio opuścił, przebijając nawet samego siebie na Sons Of Apollo, bez polotu i jakiejkolwiek energii, jeśli chodzi o kompozycje. Dla mnie nuda.

KBP: Ja nadal podtrzymuję, że płyta jest jednak przednia…

KLŚ: Już się nawet nie będę rozpisywał o tym zespole Portnoya. Dla mnie śmiech na sali.

KBP: Co do Sons of Apollo to się zgadzam jak najbardziej.

MM: Sons Of Apollo na początku mi się podobało i nawet ze 3 dni słuchałem intensywnie, niestety dla nich znalazłem potem lepsze albumy.

Steven Wilson
KBP: A jeszcze nikt nie wspomniał o Wilsonie!

MM: Album Wilsona nie jest zły, słucha się go przyjemnie, ale nie żeby jakoś tak mną wstrząsnął i żebym chciał do niego wracać. Niemniej w 20 pewnie się znajdzie.

KBP: No szczerze to mi siadł entuzjazm, ale jak już tam osiągnąłem naprawdę kilkanaście odsłuchów. Nie wiem, czy jest płyta, którą można tyle razy męczyć. U mnie też na pewno będzie, ale chyba postawię jednak coś wyżej. Ostatecznie niby stawia na odważne aranżacje, próbuje czegoś nowego, ale zawsze jest to na granicy. Jakby bał się przejść na jakąś ciemną stronę księżyca i dołączyć drugą nogę.

KLŚ: Nie chcę nikogo urazić, ale Wilson to wyrobnik bez własnej tożsamości. Z pomysłami czasami kapitalnymi, ale równie często chybionymi. Przypomina mi sinusoidę z momentami świetnymi i z tymi, które są wymęczone i niepotrzebne.

KBP: Wilson dla mnie to jest przede wszystkim enigma. Emocjonalnie bardzo różnie podchodzę do jego twórczości i nie można powiedzieć, że nie ma swojej tożsamości.

DZ: Zgodzę się, że czasami zbytnio brnie w oklepane pomysły i zagrywki. Oklepane przez siebie, lata temu. Ale płyta udana. Pełna ciekawych momentów, ale też nieco słabszych, które po prostu się nie bronią na tle reszty dyskografii. Ballady mu się z pewnością udały.

KBP: No właśnie, trochę przewidywalny się robi i tego się boję, że będzie się właśnie trzymał zbytniego parafrazowania klasyki, a sam jej mariaż też nie wystarczy, żeby zaskoczyć.

DZ: Przewidywalny piszesz, a płyta przecież celująca w mainstream i ryzykowna. Kocham Song of I, a jest to najmniej skomplikowany utwór z płyty.

MM: I to jest dylemat artysty, czy wyjść ze swojej niszy, którą dobrze zna i która zawsze się sprzeda, czy spróbować coś bardziej. Reasumując, pewnie znajdzie się Wilson w naszych podsumowaniach, ale raczej daleko w polu.

KBP: Problem tkwi w tym, że on wie, na czym stoi, i to mu bardzo odpowiada, taka bezpieczna pozycja.

KLŚ: Wilson to się chyba czuje w swojej muzyce na tyle komfortowo, że nawet nie chce mu się myśleć, czy komukolwiek będzie się to podobało.

KBP: No to to nawet wielokrotnie powiedział, ale ja tam właściwie takie podejście cenie.

Major Parkinson
KLŚ: Ten sam problem mam na przykład z Major Parkinson tegorocznym, które nie dość, że przesadzone, to jakieś takie plastikowe.

KBP: A mi się podobało! Właściwie to moja pierwsze konfrontacja z ich muzyką.

KLŚ: Moja też i niestety niezbyt dobra.

DZ: Mnie podeszło, ale nie wybitnie. Czułem, że czegoś tam za dużo, że zbyt wykręcone.

KBP: Ja się pozytywnie zaskoczyłem.

MM: Taki trochę album od lewej do prawej. Jest tam wszystko, ale tak jak u Konrada, była to moja pierwsza styczność z zespołem i nie wiem, czy byłem obiektywny.

KBP: Może nie wszystko ciągnęło mnie za swoje sznurki, ale posłuchać warto.

DZ: Dziwi mnie, że w tak wielu podsumowaniach jest na szczycie, choć jest to w miarę oryginalne granie, więc się ceni. Na pewno ich zapamiętam.

KBP: Singiel Madeleine Crumbles jest piękny w swojej naiwności.

Daniel Gildenlöw
DZ: No dobra. rozmawiamy o progresywnym rocku, więc wracamy do stycznia... Pain of Salvation. Od razu zaznaczę, że nie jest to chyba najlepsza płyta, jakiej w tym roku słuchałem. Za to poziom emocjonalny i energia na bardzo wysokim poziomie. Przyznam od razu moje pierwsze miejsce z tego powodu. Mimo wszystko.

MM: Dejw nie zdziwił.

KBP: Z rockowych rzeczy u mnie też.

DZ: Przyznam też, że koncert i wywiad pomogły w tzw. imersji w świat Gildenlöwa.

KBP: Jedna z niewielu kapel, która ostatnimi czasy dorosła do moich oczekiwań. Te zawsze są wysokie, zwłaszcza że się je nakręca w marketingu przez miesiące.

MM: Zgadzam się Wami zdecydowanie.

DZ: Szkoda, że mój nr 1 wyszedł w styczniu. że płyta nie jest perfekcyjna i możliwe, że słuchałem lepszej.

KLŚ: Pain Of Salvation solidne, ale nigdy nie było mi po drodze. Persefone z kolei to zespół, który cały czas się rozwija, poszukuje i do tego robi to z przepięknym wyczuciem i zawsze jakimś przemyślanym konceptem.

KBP: Persefone szybko porzuciłem.

KLŚ: A ja lubię do niej wracać...

DZ: A ja nie słuchałem. To się zgraliśmy. Słucham za to ostatnio Byzantine z nieco podobnych rejonów i jest to bardzo solidne granie. Wypełniają mi miejsce, jakie w moim sercu zostawiły ostatnie albumy Anciients i Lamb of God. Cholernie ciężko, a momentami bardzo melodyjnie, ale zawsze miło buja. Dla mnie zupełna nowość.

KLŚ: Z podobnych rejonów stylistycznych bardzo dobry jest „Urn” Ne Obliviscaris, chociaż chyba powoli wypala się im konwencja, bo miałem wrażenie że już tego słuchałem, jak był przez dwie płyty i EP-ki progres, to w tym momencie zatrzymali się jakiś w rozwoju.

Enslaved
MM: Jeśli jeszcze pokręcimy się w kręgach progresywnych, polecam nowe wydawnictwo Enslaved z Norwegii tym, którzy jeszcze nie słuchali. Niby to zespół doświadczony, ale po przyjściu nowego klawiszowca/wokalisty Håkona Vinje zespół poszedł w zdecydowanie bardziej progresywne rejony i powiem Wam, że to album, do którego chętnie powracam.

DZ: Ha, i znowu będzie niezgoda.

KLŚ: Ensalved istotnie dobry, choć nie porwał mnie tak jak poprzednik.

DZ: Mnie wynudzili mocno i tylko parę momentów pobudziło. To już nie jest to, co w nich lubiłem, zbyt to miękkie i wędrujące nie wiadomo gdzie. Klawiszowiec jednak wpisał się w styl grupy bardzo dobrze. Solidnie śpiewa i pocisnął parę fajnych motywów na swoim parapecie. Jeden z jaśniejszych punktów płyty.

MM: No jest to trochę ugładzenie stylu i wyjście z takiej mocarnej strony, ale uważam „E” za ciekawy album.

DZ: Jestem w stanie zrozumieć fascynację tym krążkiem, ale wkroczyli u mnie na stronę Opeth, czyli będę dalej śledzić ich karierę, ale wątpię, że się polubię z ich nowymi dziełami.

Ulver
MM: Jakieś wrażenia co do Ulvera? Skoro siedzimy już w Skandynawii…

DZ: Ulver jest wybitne. Ci ludzie nie mają żadnych hamulców.

KLŚ: Ulver też jest enigmą, która jednak potrafi się odnaleźć w każdej stylistyce. Nowy album bardzo mocny, intrygujący i nieoczywisty, a koncertowo wypadający jeszcze ciekawiej i ostrzej.

DZ: Dla kogoś takiego jak ja, kto uwielbia ich „Shadow of the Sun”, jest to idealna pozycja.

MM: Uff, nie będę sam w gloryfikowaniu. No powiem Wam, że spędziłem długie tygodnie na słuchaniu tego krążka i jest magia, łykam go w całości i czekam, co jeszcze może Ulver zrobić, jak jeszcze zaskoczyć

KLŚ: Zdecydowanie album do łykania w całości… 

MM: Chyba śmiało możemy mówić, że można się po nich spodziewać wszystkiego

DZ: W pozytywnym sensie.

KLŚ: Sądzę, że nawet gdyby Kristoffer nagrał album na samej gumce od majtek, to byłoby to genialne 

Depeche Mode
DZ: Trochę zbaczam lekko, ale nowy Depeche Mode to porażka dla mnie okropna. A po wysłuchaniu Ulver to już w ogóle, więc w sumie nie zbaczam.

MM: Słuchałem ino singla. Starczy.

DZ: Najbardziej chyba mi się remix podobał, ale bardzo wymęczona muzyka.

KLŚ: Ja nawet nie ruszyłem, ale nigdy nie było mi z Depeszami po drodze.

DZ: Do bólu wtórna. Niech Gahan zostanie przy Soulsavers, bo lepiej to wypada.

KBP: Fajnie, że wspomniałeś o Soulsavers. Depesze rzeczywiście bez głębszych wrażeń.

KBP: Co do elektronicznych rzeczy, to zapomniałem wspomnieć o islandzkim Legend. Trochę może bardziej industrialne z dużą rolą brzmieniowych syntetyków, ale piękna rzecz, po raz kolejny zresztą! „Midnight Champion” się krążek nazywa, chociaż z pewnością „Fearless” nie dorasta niestety.

White Ward
DZ: Konrad, może powinieneś się zmierzyć z White Ward swoją drogą. Bardzo intrygująca mieszanka black metalu i jazzu. Takie 50/50 w idealnej równowadze wg mnie. Lubisz takie dziwadła mi się wydaję.

KLŚ: Ciekawe dodanie saksofonu, ale na dłuższą metę trochę mnie zmęczyło.

DZ: Właśnie miałem wrażenie, że jak mogło być za dużo blacku, to nagle wchodził jazz i na zmianę. I nie gryzło się to.

KBP: A dzięki, posłucham.

MM: Sprawdzę też z ciekawości to White Ward.

KLŚ: W tej konwencji to jednak wolę Shining.

DZ: To sprawdźcie też Område. To już ekstremalne eksperymenty.

MM: Zamierzam przesłuchać.

DZ: Trudno powiedzieć, co oni chcą grać.

KBP: Shining lubię, ale chyba nie wydali nic w tym roku?

MM: Shining jest na dniach

KLŚ: Niestety nie 

DZ: Singiel jedynie. Bardzo rock'n'rollowy o dziwo. Który Shining, Marcin?

KLŚ: Ten od „Blackjazz”, czyli norweski.

KBP: Tak, też miałem ten na myśli.

MM: Aa, bo Szwedzki wydał EP-kę.

DZ: Bo jeden Shining płytę wydał. Ha, ha, ale zamieszanie.

MM: To mi się z nimi pomyliło.

KLŚ: Nie mylić ze szwedzkim.

Dead Cross
KBP: Z mocniejszych rzeczy o dziwo najbardziej pochłonął mnie Dead Cross. Patton to jednak Patton.

Michał P: Dla mnie okazało się rozczarowaniem. To znaczy, wiedząc, że tych dwoje – tj. Patton i Lombardo – znowu gra razem, spodziewałem się srogiego łomotu, ale nie dostałem nic ponad to...

KBP: Wiesz co, Michał, w wielu przypadkach zawodzimy się na płytach, mając zbyt duże oczekiwania. To tak do wątku Queens of the Stone Age i Dead Cross. Może pierwszy projekt szybko zapomniałem, ale Patton z Lombardo mnie przytrzymali. Może dlatego, że ostatnie coraz mniej słucham mocniejszych rzeczy, więc ten projekt był już dla mnie srogi, chociaż wiem, że nie jest to najcięższe granie, ale właściwie liczyłem, że płyta nie będzie wykręcona na maksimum, bo wtedy wyszedłby kolejny projekt z Johnem Zornem, które są niezwykle ciężki. Inna sprawa, że Patton z tego, co wiem, miał mało do powiedzenia.

Michał P: Słuchając Dead Cross, mam wrażenie, jakby Patton i Lombardo chcieli udowodnić, że wciąż mogą przekraczać granicę ekstremy. Tyle tylko, że oni już dawno tego udowadniać nie muszą... Pełną katastrofą okazała się dla mnie również płyta Prophets of Rage. Morello staje się tutaj karykaturą samego siebie, a panowie „wokaliści” pasują tutaj jak wół do karety. Schematyczne motywy, które pojawiały się już kilkukrotnie w twórczości Rage Agaist The Machine, ale za każdym razem z większym polotem i pomysłem – sama formuła „obrażonych na system rewolucjonistów” nie wystarczy, abym uznał, że warto się tym zainteresować. Wręcz przeciwnie, sprawia, że czuje politowanie.

MM: A z innej beczki, podobno Eminem wydał płytę. To on nie zakończył działalności?

KBP: Oj, w tym roku ja z tej dziedzinie zero.

DZ: A wracając jeszcze do Gildenlöwa, to jego brat Kristoffer (Gildenlöw), który skradł mi serce w zeszłym roku, nagrał płytę wraz z For All We Know i jest to bardzo ciekawy krążek. Zapoznaję się bliżej właśnie. Mają dość nietypowe podejście do melodii. Kristoffer nie jest tu jednak głównym głosem. Tak dla waszej wiadomości.

KBP: Aj tam, z wami rozmawiać, popsuliście mi całą kolejkę do słuchania.

DZ:  No wybacz. Tak to jest. Zbierasz ludzi do podsumowania i się wyłaniają poukrywane perełki.

KLŚ: Standard przy podsumowaniach.

MM: I znów czasu nie ma na podsumowanie i słuchanie.

Jamiroquai
KBP: A to może jeszcze z takich weselszych rzeczy Jamiroquai? To jest dopiero płyta na jedno kopyto. Komuś się podobała?

MM: No, to jest ten sam schemat jak z Wilsonem. Jamiroquai jest królem funku, zrobił swoje z 15 lat temu i teraz odcina kupony od patentów. Nie dziw się, że jest na jedno kopyto.

KBP: No tak do końca nie można porównać, słuchając Jamiroquaia, czasem zastanawiałem się, czy nie mam ustawionego replaya pojedynczego utworu.

MM: Ale klimatycznie jest to bujające i na letnie wieczory przy grillu i piwku może w tle lecieć. 

KBP: Żadnej inwencji.

MM: Z takich klimatów zdecydowanie lepiej wypada Jarecki i Mrozu. Zwłaszcza Mrozu bardzo fajny album, co już chyba wspominałem.

DZ: Trochę lżejsze tematy, to podam swoją ulubioną niemetalowo perełkę – J. Bernardt nagrał absolutnie świetny album z gatunku, pop, rock, indie, z domieszką elektroniki. Facet jest z zespołu Balthazar, którego nigdy nie przyszło mi słuchać, więc dla mnie postać znikąd. Sprawdźcie utwór On Fire i będziecie myślę wiedzieć, czy wam się podoba.

Greta Van Fleet
KLŚ: Co do perełek, to złapana niespodziewanie pod koniec roku, bo na początku grudnia Greta Van Fleet. Niby taki klon Led Zeppelin, z młodymi chłopakami, ale jak zrealizowany. Bracia Kiszka to zdolniachy, zwłaszcza wokalista Josh, mający obecnie dokładnie tyle samo lat co Plant w chwili wydawania dwóch pierwszych płyt Zeppelinów. Fenomenalny głos o dużych możliwościach. Muzycznie też zwalają z nóg i mają potencjał, który mam nadzieję stopniowo rozwiną we własny styl. Warto śledzić, bo wprawiają w istne osłupienie i szok.

MM: Jeśli chodzi o tematy niemetalowe, podobnie jak Krzysiek jestem pozytywnie zaskoczony Gretą Van Fleet. Świetnie się tego słucha i właśnie dlatego, że tak mi przypominają ukochanych Zeppelinów, biorę to w całości. Czy spokojny, to nie wiem, ale na pewno ciekawy krążek, który u mnie brzmiał, to album gdyńskiego składu Królestwo pt. „Ćwiczenia repetytywne” – to trzy suity spod znaku noise, improwizacji post rocka i yassu. Podoba mi się tam swoiste pomieszanie z poplątaniem, są momenty długiego spokoju, za chwilę ściany niekontrolowanego improwizowanego chaosu muzycznego. W ramach ciekawostki do sprawdzenia.  Poza tym album „Kawalerka” składu Bitamina, fajny pomysł na koncept album z pogranicza rapu, soulu, a nawet jazzu. Sporo zaśpiewów, trochę rapu i super sample, i sam pomysł na historię – tytułową kawalerkę, ich mieszkańców i spraw, które dotykają ich mieszkańców. A poza tym to, co opisywałem, Osi and The Jupiter z pogranicza folku i neofolku. Bardzo przyjemne dla ucha.

MP: Również w granicach przyzwoitości wypada według mnie nowy Primus, który brzmi, jakby był EP–ką. Ot, zaczyna się, nabiera rozmachu i… kończy się. Chociaż może właśnie stąd moja pozytywna opinia, bo mam wrażenie, że mógłbym się znużyć, gdyby album miał jeszcze ze 3 numery. Po prostu, taka formuła na krótką płytę, która być może pozostawia lekki niedosyt, ale lepiej zostać odrobinę głodnym, niż cierpieć na niestrawność z przejedzenia.

Morten Schantz
KBP: Wrzućmy więc trochę pozytywów. Jeśli chodzi o zagraniczne płyty to bezpardonowo stoi tam płyta Mortena Schantza „Godspeed”. Piękna wizja jazzowego futuryzmu. Sporo czasu spędziłem również z płytą Roba Lufta oraz piękną interpretacją klasyki The Beatles z big bandową opcją Django Batesa. Co ciekawe, te trzy płyty wydało jedno i to samo wydawnictwo – Edition Records.

Marcin P: W tym roku spod strzechy Edition Records wyszły również takie „diamenty” jak: Phronesis „Behemoth”, Daniel Herskedal „The Roc” i Denyse Baptyste „The Late Train”. Nawiasem mówiąc, LMF to jedyny serwis muzyczny w Polsce, który recenzuje płyty (wszystkie!) z tej wytwórni. 

KBP: Przy podróżach towarzyszyła mi nowa, jak zwykle piękna w swoim liryzmie, Tori Amos. Przegoniła nawet Roberta Planta, który swoją drogą wydał równie dobrą płytę.

MM: To prawda. Chłop nadal ma parę i to, co wyprawia z zespołem, ma smaczek i super się tego słucha. 

Tool
Michał P: Parę miłych chwil spędziłem, słuchając „Hiss Spun” Chelsea Wolfe. Niestety im dłużej słuchałem, tym bardziej te miłe wspomnienia zaczęły się zacierać, a na pierwszy plan zaczęła wysuwać się monotonia, z paroma przebłyskami, podczas których wybudzałem się z letargu i nabierałem nieco głębszego oddechu. Posłuchałem sobie także „Flying Microtonal Banana” od zyskujących coraz więcej poklasku King Gizzard and the Lizard Wizard. Uważam, że zamieszanie wokół tego utworu jest lekko przesadzone. Zabawa z mikro tonalnością może niektórym wydawać się oryginalna, lecz bynajmniej taką nie jest. Co nie zmienia faktu, że jest to album, który momentami może się podobać, a takie Rattlesnake, choć początkowo wydawało mi się niemal irytujące, wgryza się w mózg i zostaje tam na zawsze. Bodaj największe wrażenie z zagranicznych płyt, które w tym roku poznałem zrobiło na mnie „American Dream” od LCD Soundsystem. Gdyby tak grali na imprezach, to ja bym chodził na imprezy! Bardzo przyjemny miks melodyjnego synthpopu o wybitnie „imprezowych” walorach z post–punkową zadziornością. To płyta, która z każdym odsłuchem zyskuje i choć początkowo wydaje się, że jest dość „powierzchowna”, to naprawdę można tutaj sporo odkryć, a ja takie odkrywanie cenie sobie w szczególności. Grube, syntezatorowe pulsacje bardzo miło kołyszą i w mojej ocenie wynagradzają fanom LCD Soundsystem 7 lat oczekiwania na nowy album.

DZ: Porozmawiajmy chwilę o nadziejach na rok 2018. Pierwsze miesiące roku wyglądają bardzo ciekawie z takimi premierami jak: Marmozets (mam nadzieję, że wciąż pamiętają, jak solidnie hałasować, bo na koncercie pamiętali), Franz Ferdinand, Mustasch (pewnie tylko ja czekam), Saxon, In Vain (Marcin, pewnie coś dla ciebie), EP-ka Lunatic Soul, Lao Che, IamX, Machine Head, Oceans of Slumber, a do tego gdzieś na horyzoncie nowy Riverside, który jest wielką niewiadomą, a także moi faworyci roku 2016, czyli Black Peaks i Night Verses szykują płyty.

KLŚ: Siódma płyta Riverside jest wielka niewiadomą istotnie. To będzie taki właściwy powrót, nowy etap nie tylko pod względem okrojonego składu, ale także pod względem praktycznie zupełnie nowego początku, taki jakby drugi debiut. Sądzę, że będzie bardziej surowa, drapieżna i szybsza, w mniejszym stopniu gitarowa, a bardziej basowa, pewnie Meller coś nagra na niej. Obstawiam, że prędzej czy później ogłoszą, że zostaje stałym członkiem. Możliwe, że jeśli gitary w ogóle będą, to oprócz niego zaproszą jeszcze kilku gitarzystów, nie obraziłbym się też na zwiększoną ilość saksofonu Marcina Odyńca. A jeśli chodzi o Mustasch, to ja również czekam. To jeden z tych zespołów, które nigdy nie zawodzą, nie wydają bubla, mają określony kierunek, brzmienie i pomysły, których słucha się naprawdę świetnie. Nieszczęsny Tool jest niczym najgorszego sortu telenowela, która jest coraz gorzej pisana i grana. Będzie albo nie, kończą, ale jeszcze robią, a Maynard sam nie wie, co ma gadać. Osobiście uważam, że nie ma co nań liczyć w ogóle, ale gdyby się pojawiła, to by było fajnie.

KBP: Riverside to dość osobliwa sprawa. Fani tej grupy są dla zespołu prawdziwą rodziną i ta wyrozumiałość z pewnością przeniesie się na odbiór krążka. Krążka, który będzie również nowym rozdziałem dla zespołu, nowym początkiem. Ciekaw jestem, czy zmieni się „fabuła”. 

KBP: Jako największe nadzieję podałbym Machine Head, po singlu mam przeczucie, że namieszają, chociaż „Blackeningu” nie wróżę. Wychodzi również Joe Satriani, który wiem, że dla wielu jest bezemocjonalną maszyną, ale takiej technicznej poezji też czasem dobrze posłuchać. Lao Che z pewnością też będzie piękne. Wyjdzie też prawdopodobnie supergrupa Legend of the Seagullmen z gitarzystą Mastodona.

Marcin P: Rok 2018 napawa więc optymizmem. Dobrej muzyki na pewno nie zabraknie. Wystarczy tylko wiedzieć, gdzie jej szukać.

PODSUMOWANIE

1. Morten Schantz - Godspeed
Konrad Beniamin Puławski:
2. Pain Of Salvation In The Passing Light Of Day
3. Lunatic Soul Fractured
4. Django Bates & Frankfurt Radio Big Band Saluting Sergeant Pepper
5. Black Country Communion BCCIV
6. Bent Knee – Land Animal
7. Caligula's Horse In Contact
8. Krzysztof Dziedzic Tempo
9. Big Big TrainGrimspound
10. Adam Bałdych & Helge Lien Trio Brothers
11. Leprous – Malina
12.  Steven Wilson To The Bone
13. MastodonEmperor of Sand
14. Greta Van Fleet From The Fires
15. TriviumThe Sin and the Sentence

1. Pain of Salvation – In the Passing Light of Day
Dawid Zielonka:
2. Lunatic SoulFractured
3. Caligula's Horse – In Contact
4. NEED Hegaiamas: A Song for Freedom
5. Converge The Dusk in Us
6. MastodonEmperor of Sand
7. HellHaven Anywhere out of the World
8. Trivium The Sin and the Sentence
9. Baasch – Grizzly Bear with a Million Eyes
10. UlverThe Assassination of Julius Caesar
11. MUNA About U
12. J. Bernardt Running Days
13. Adna Closure
14. The XX I See You
15. Nothing But ThievesBroken Machine



1. Tomasz Stańko New York QuartetDecember Avenue
Marcin Puławski:
2. Charles Lloyd New Quartet – Passin' Thru
3. Ambrose Akinmusire A Rift In Decorum – Live At Village Vanguard
4. Anouar Brahem – Blue Maqams 
5. Natalia Mateo De Profundis
6. Morten Schantz – Godspeed
7. Marius Neset Circle of Chimes
8. Maciej Obara Quartet – Unloved
9. Kamasi WashingtonHarmony Of Difference
10. Avishai Cohen – Cross My Palm With Silver
11. Vijay Iyer Sextet Far From Over
12. EABS Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)
13. Phronesis – The Behemoth
14. Daniel Herskedal The Roc
15. Leszek Możdżer & Holland Baroque Earth Particles

1. Rosk Miasma
Marcin Maryniak:
2. Me And That ManSongs Of Love And Death
3. Ulver – The Assassination of Julius Caesar
4. Biesy – Noc lekkich obyczajów
5. Voo Voo7
6. Greta Van Fleet From The Fires
7. SólstafirBedreyminn
8. Pain of Salvation In the Passing Light of Day
9. Himmellegeme Myth of Earth
10. EABS Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)
11. Bitamina Kawalerka
12. Hańba! Będą bić
13. MrozuZew
14. Nocny KochanekZdrajcy metalu
15. Lunatic Soul Fractured

1. Lunatic Soul Fractured
Krzysztof "Lupuś" Śmiglak:
2. Sepultura – Machine Messiah
3. PersefoneAATHMA
4. Soen Lykaia
5. Flux Conduct Yetzer Hara
6. Lion Shepherd – Heat
7. HellHaven – Anywhere Out Of The World
8. Vangough Warpaint
9. Leprous Malina
10. Masachist The Sect (Death REALigion)
11. Briqueville II
12. Archspire Relentless Mutation
13. Ylva – Meta
14. Spook The Horses People Used To Live Here
15. Me And That Man – Songs Of Love And Death


W co najmniej dwóch zestawieniach pokrywa się aż 12 pozycji:

1. Lunatic Soul Fractured (4)
2. Pain Of SalvationIn The Passing Light Of Day (3)
3. Morten SchantzGodspeed (2)
4. Caligula's Horse In Contact (2)
5. UlverThe Assassination of Julius Caesar (2)
6. HellHavenAnywhere out of the World (2)
7. Me And That Man Songs Of Love And Death (2)
8. MastodonEmperor of Sand (2)
9. Leprous Malina (2)
10. Greta Van Fleet – From The Fires (2)
11. EABSRepetitions (Letters to Krzysztof Komeda) (2)
12. Trivium The Sin and the Sentence (2)

Czy są w nich Wasze typy?
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus