recent




Zgniła Zieleń. Historia Carnivore i Type O Negative, Maciej Krzywiński, Wydawnictwo In Rock, 2017

Po raz drugi przypadło mi w udziale recenzować biografię artysty o głosie tak charakterystycznym, że nie sposób pomylić go z żadnym innym. Mokry sen Elżbiety Zapendowskiej. Ponownie jest to postać tak różnorodna i intrygująca, ponownie też książka wydana jest przez Wydawnictwo In Rock. Przypadek? I choć w gruncie rzeczy płaszczyzn, na których można by porównać PeteraSteele’aRatajczyka i Leonarda Cohena (bo o tych Panach mowa) znalazłoby się więcej, to jednak nic dziwnego, że takie bezpośrednie zestawienie tych dżentelmenów budzi w nas pewien dysonans. Moim zadaniem nie jest jednak udowadniać, że łączy ich tyle samo, co dzieli, choć zapewne byłoby to ciekawe doświadczenie.

Zgniła Zieleń” to druga muzyczna biografia autorstwa Macieja Krzywińskiego. „Królowie Życia” będący bohaterami poprzedniej publikacji, tym razem ustąpili tron ponuremu monarsze gotyckiego rocka. Pomimo tego, że bez wątpienia centralną postacią owej książki jest wspomniany już wcześniej Peter Steele, a właściwie Petrus Thomas Ratajczyk (pochodzenie polskie od strony ojca), to jednak wydaje mi się krzywdzącym uogólnieniem traktowanie „Zgniłej Zieleni” jako biografii Steele’a, wszak, jak wskazuje podtytuł, jest to „historia Carnivore i Type O Negative”.

Historia, która ma swój początek w nieszczególnie przyjaznych okolicznościach brooklyńskich osiedli. Historia, która mnie osobiście przyciągnęła bardziej nazwą „Carnivore” na okładce niż wszystkim tym, co możemy wyczytać dalej. Bo też właśnie Carnivore był jednym z tych zespołów, które towarzyszyły mi w okresie mojej największej fascynacji thrash metalem. Nie pozwalałem, żeby zarówno debiut, jak i „Retaliation” pokrywały się kurzem. Do spółki z takimi zespołami jak Evildead, Gammacide czy Nuclear Assault, Carnivore było prorokami post-nuklearnej zagłady, którzy wonią napalmu i spalonego paliwa rakietowego oznajmiali rychły koniec naszej planety. Wściekłe riffy powstałe na gruzach nowojorskiego hardcore’u i równie dziki, „szczekany” wokal pobudzały moją wyobraźnie i zmuszały ciało do epileptycznego tańca. Za tym wszystkim stał rzecz jasna bohater niniejszej publikacji, „Stalowy Piotr”, który swój przydomek wybrał ze względu na rzekome pokrewieństwo z samym Józefem Stalinem. Mając na uwadze to, że oprócz sporych rozmiarów Steele był również wielkim mitomanem, taką etymologię należy traktować jednak z przymrużeniem oka. Nie zmienia to faktu, że ponad dwa metry wzrostu, potężna postura, długie kruczoczarne włosy i zimne spojrzenie, które rzucał spod gęstych brwi, sprawiały, że wydawało się ono całkiem zasadne. Przynajmniej z pozoru. 

Człowiek ze Stali?
Ano właśnie. W tym pancerzu cynicznego prześmiewcy krył się wrażliwy, czy może nawet nadwrażliwy, bojaźliwy romantyk, który nie bez powodu może budzić skojarzenia z bohaterem innej książki pod tytułem „Cierpienia Młodego Wertera”. Zdawałoby się, że do takiego postawnego mężczyzny o fizjonomii rodem z kryminału nie pasuje miano „maminsynka”, być może jest to lekkie nadużycie, ale prawdą jest, że Steele był wyjątkowo związany ze swoją rodziną, w szczególności z matką Nettie. Do tego stopnia, że większą część swojego życia spędził w rodzinnym mieszkaniu przy East 18th Street, konkretnie w piwnicy, w której urządził sobie „przytulne” mieszkanie. O jego fobiach i lękach mówił zresztą wielokrotnie, tematy te oprócz nieszczęśliwej miłości i gloryfikacji śmierci pojawiały się regularnie w jego tekstach. Zawsze towarzyszył mi lęk przed porzuceniem. Jako dzieciak byłem przerażony perspektywą pójścia do szkoły. Każdego ranka byłem przekonany, że już więcej nie ujrzę mojego domu i rodziców, miewałem napady lęku, zalewałem się łzami… To coś, co tak naprawdę nie opuściło mnie po dziś dzień (str. 23) I to coś, co niemal sprawiło, że ze swoją muzyką nie dotarłby poza dystrykt Nowego Jorku. Zanim jednak pojawiła się muzyka, Steele zdobywał wykształcenie w katolickiej szkole, do której posłała go jego matka, gorliwa katoliczka. Mimo, iż Peter przez kilka lat był nawet ministrantem, to ostatecznie nie został duchownym (bynajmniej nie dosłownie), ale jego historia dobitnie pokazuje, jak los potrafi być przewrotny. 

Gdy do uszu nastoletniego Ratajczyka dotarły dźwięki rock’n’rolla, a wszystko to za sprawą jego pięciu sióstr, które w tajemnicy przed matką przemycały płyty z najnowszymi przebojami Beatlesów, Rolling Stonesów czy Muddy’ego Waters’a, świat Petera przewrócił się do góry nogami. I to wówczas narodził się Peter Steele. Co prawda dalej chodził do kościoła, choć już nie jako ministrant, ale zdarzyło mu się wystąpić w roli muzyka! Jeden z pierwszych publicznych występów Steela w tej roli przypadł na nowatorską Mszę Świętą, której założeniem było wprowadzanie elementów folkloru do obrzędów religijnych, stąd muzyka na żywo. Nikt jednak nie spodziewał się, że uznawany za grzecznego i dobrego chłopca, Peter Ratajczyk postanowi właśnie na takiej Mszy dać wyraz swojej najnowszej muzycznej fascynacji – Black Sabbath. I tak oto w świątyni wybrzmiały dźwięki zdobywającego wówczas listy przebojów Paranoid. Pomimo tego, że występ ten nie spotkał się z uznaniem audytorium, Peter postanowił zrzucić komże i spróbować swoich sił jako muzyk. Problemem była jednak jego niska samoocena, a bez braku pewności siebie ciężko zawojować muzyczne sceny: Czułem się jak gówno, pewnie ze względu na wzrost. Ale jako dzieciak byłem dość pulchnawy. Góra mięsa, a jednak nie potrafiłem się odegrać. Byłem całkowicie zamknięty w sobie, bawiłem się w piwnicy modelami kolejek. […]Tak naprawdę jednak zależało mi na dziewczynie. Miałem dziewiętnaście lat i czułem się nieatrakcyjny. Nawet do dziś lustro jest moim największym wrogiem (str. 58). Pewność siebie pożądana jest tym bardziej, gdy piszę się teksty pełne krwi, okrucieństwa i gwałtów młotami pneumatycznymi, a utwory noszą takie tytuły jak God is Dead lub Jesus Hitler. Twórczość Carnivore zdecydowanie nie spodobałaby się wychowawcom Steele'a z czasów jego katolickiej szkoły podstawowej. 
 
Barbarzyńcy? Jaskiniowcy? Poplecznicy Manowar?
Swoje muzyczne fascynacje z The Beatles i Black Sabbath na czele (i chociażby za to należy mu się dozgonny szacunek) Peter przekuwał na własny muzyczny język, który miał być wspierany rzucaniem mięsem ze sceny – nie, nie przekleństwami, surowym mięsem – oraz… futrzanymi strojami, które mimowolnie budzą skojarzenia z wątpliwym heteroseksualizmem Manowar. Co prawda oba zespoły występowały ze sobą i muzycy Carnivore nie kryli nigdy sympatii do muzyki „Królów Metalu” – bo takim mianem nazwali siebie na jednej z płyt muzycy Manowar, to jednak wizerunek „Mięsożercy” wzorowany był podobno głównie na filmie „Mad Max 2: The Road Warrior”. Tak czy inaczej historia Carnivore kończy się mniej więcej po 200 stronach i chociaż później powraca jeszcze kilkukrotnie, to etap ten można podsumować następująco – dwa albumy studyjne, którymi Steele udowadnia swoją muzyczną wszechstronność, puszcza oko swoim idolom i jednocześnie obraża wszystkich dookoła. Tak, Carnivore nie stało się gwiazdą wielkiego formatu, ale muzycy zyskali rozgłos dzięki swoim występom w nowojorskich klubach, tekstom utworów i wypowiedziom prasowym. Przylgnęły do nich łatki faszystów, seksistów i wszelkiej maści popaprańców, do tego stopnia, że ich koncert w Niemczech został zbojkotowany. Steele na swój sposób się tłumaczył: […] Świat skręcił w lewo. Nie mówię, że jestem faszystą albo prawicowcem, ale gdybym spadł z płotu, to po prawej stronie. Jako muzyk Carnivore wygadywałem różne rzeczy, bo świat zbaczał w lewo, więc prawicowe gadki były bliższe rocka. Jednym z moich ulubionych zespołów jest Laibach, komuchonaziści. Jeden z najlepszych komplementów sprzedała mi pewna gorąca dziewczyna, która podeszła z pytaniem: „Ty jesteś Pete? Szczerzę Cię nienawidzę, ale nie mogę wyplenić z głowy <<God is Dead>>”. To jest dopiero komplement! […] Nie miałem pojęcia, że osiągnąłem w tej dziedzinie [prowokowania] taki sukces. Znaczy się w dowodzie uznania przychodziły pocztą pudełka z gównem oblepionym karaluchami. To coś znaczy. Myślałem sobie wtedy: „A gdzie podział się cukier?” (str. 156).

Wraz z końcem Carnivore, które rozpadło się przede wszystkim ze względu na brak sukcesów, a o te było wyjątkowo ciężko biorąc pod uwagę, że Steele nie chciał ruszać się domu, by jeździć na koncerty, mogła skończyć się ta historia i tym samym cała książka. Tak się jednak nie stało, choć mało brakowało, a Peter zostałby… policjantem! Po Carnivore myślałem o karierze nowojorskiego policjanta. Obciąłem włosy i byłem gotów porzucić rockandrollowy styl życia, by zająć się czymś bardziej tradycyjnym i może dochodowym. Ale zdałem sobie sprawę, że wrzucałbym za kratki wszystkich moich przyjaciół, więc nie zostałem gliną (str. 170). Całe szczęście, co nie oznacza, że to już koniec niespodzianek i teraz już tylko muzyka, seks i narkotyki. Na to przyjdzie pora, gdy już Steele odłoży grabie i wróci do pisania muzyki, wszak póki co jako sprzątacz w nowojorskim Wydziale Parków czuł się całkiem nieźle. Praca na świeżym powietrzu, blisko natury i co najważniejsze, za stałą, przyzwoitą pensję dawała poczucie stabilności. Nagabywany przez przyjaciół w końcu postanowił spróbować raz jeszcze, powołując do życia Repulsion, które przepoczwarzyło się później w monstrum znane nam pod nazwą Type O Negative. Nie oznacza to jednak, że Steele zrezygnował z pracy. Harmonogram prób i koncertów był ściśle uzależniony od jego grafiku i Type O Negative również mogło pozostać tylko i wyłącznie sensacją klubów na przedmieściach Brooklynu, gdyby do biura Roadrunner Records nie trafiły dwie, intratne propozycje koncertowe. Pierwsza z nich obejmowała trasę z Nine Inch Nails. Steele będący wielbicielem twórczości Reznora postanowił przełamać swoje lęki i skorzystać z zaproszenia. Druga, bardziej zaskakująca, przyszła od potapirowanych hedonistów z Mötley Crüe. Chociaż ich błysk pokrywał się już wówczas kurzem, nadal była to marka, z którą trzeba było się liczyć. Rzecz jasna obie te trasy nie zrobiły z muzyków Type O Negative milionerów, ale pozwoliły dać się poznać poza granicami Nowego Jorku, co poskutkowało stopniowym wzrostem zainteresowania samym zespołem i jego muzyką. 

Już jako Type O Negative
Type O Negative stał się trochę wbrew swojej woli ikoną gotyckiego rocka. I chociaż do dziś ciężko tak naprawdę wytłumaczyć czym też jest ów „gotycki rock”, to jednak muzyka zespołu była wypadkową pierwocin Carnivore, ociężałych fascynacji Black Sabbath i melodyjnych dekoracji na wzór The Beatles. Teksty nie okapywały już krwią, ani nie opisywały post-apokaliptycznego krajobrazu, pojawiało się coraz więcej erotyzmu – z jednej strony, a z drugiej smutku i goryczy. Steele cierpiał już wówczas na depresję: Miewałem nastroje samobójcze, więc doszedłem do wniosku, że powinienem się z kimś skonsultować, zanim zrobię coś… nie tyle głupiego, ile takiego, czego pożałuję. Prozac nie daje mi szczęścia, ale jakimś sposobem powstrzymuje naprawdę złe samopoczucie (str. 154). Nie powstrzymywał jednak wystarczająco skutecznie, gdyż ostatecznie Steele targnął się na swoje życie. Powód? Kolejny zawód miłosny. Kiedy chciałem się zabić, zaparkowałem samochód w Red Hook – to moja stara dzielnica na Brooklynie – i patrzyłem na Most Brooklyński w deszczu. Wyglądał jak na rozmazanym obrazie olejnym. Wybrukowane ulice. Ostro się nachlałem. (str. 216), Peter podciął sobie żyły na nadgarstkach, ale zdołał w tym stanie pojechać do domu swojej dziewczyny, by tam pod jej nieobecność, ale na oczach jej matki urządzić dramatyczną scenę, zwieńczoną bazgraniem krwią po jej samochodzie. Ratajczyk igrał ze śmiercią nie tylko w tekstach utworów, ale sukces, jaki ostatecznie przyszedł wraz z płyta „Bloody Kisses” zmusił go do odłożenia samobójstwa na później i odkładał je tak długo… aż umarł. 

Poważni Panowie
7 lat temu skończyła się historia Type O Negative. Zespołu, który, tak jak jego lider, był jednym wielkim paradoksem. Steele zmarł na atak serca, taka jest podobno oficjalna przyczyna jego śmierci. Chociaż niedopowiedzenia i tajemnicze okoliczności jego śmierci są tylko kolejną cegiełką budująca jego mit. Mit człowieka, który był pełen sprzeczności. Bezkompromisowy ekscentryk, romantyczny dekadent, cyniczny komentator, sarkastyczny zgrywus, wielkolud o kruchym sercu. Całe życie walczył ze swoimi demonami, mimo stosunkowo długiej wstrzemięźliwości wpadł w sidła nałogu. Uzależniony od alkoholu i narkotyków kilkakrotnie lądował na odwyku, by ostatecznie „oczyścić” się tak bardzo, aby postanowić wrócić do swoich korzeni, do katolicyzmu. Wytatuowane na dłoniach symbole „Alfa” i „Omega” były ostatecznym manifestem powrotu „Petera na łono Pana” (cóż za brzydkie skojarzenie!) i jeszcze jednym dowodem na swoistą dwubiegunowość jego osobowości. Jak mówił o nim jego przyjaciel z zespołu, Kenny Hickey: Nigdy nie miał planu, by ruszyć w drogę. Nie chciał być gwiazdą rocka. Zupełnie go to nie obchodziło. Jak sam mówił, na scenie czuł się wielkim bęcwałem. Peter byłby doskonale szczęśliwy, gdyby pisał utwory w swojej piwnicy, wydawał płyty co roku lub co dwa lata i pracował dla Wydziału Parków (str. 230). Nie przeszkadzało mu to jednak pozować na golasa do okładki „PlayGirl”, odpowiednika Playboya dla kobiet czy występować w talk-show na miarę „Rozmów w Toku”. Ciężko stwierdzić, kiedy Steele mówił prawdę, a kiedy się zgrywał. Krzywiński dociera do jego przyjaciół, muzyków z Carnivore, Type O Negative oraz zespołów występujących razem z nimi, kolegów, producentów, realizatorów teledysków etc., wplata w opowieść autorskie wywiady z niektórymi z nich, w których maluje nam się wizerunek człowieka szczerego, dobrodusznego, aczkolwiek wiecznie zakłopotanego i walczącego z samym sobą. „Zgniła Zieleń” to pozycja nie tylko dla fanów twórczości Steele’a, których w Polsce nie brakuje, ale także dla wszystkich, którzy fenomenu tego depresyjnego dziwaka lubującego się w długich, ponurych utworach nie rozumieją. Ta książka obala wiele mitów i rzuca nowe światło na niektóre wydarzenia, przykryte do tej pory zieloną peleryną niewiadomej. Niech Was nie zwiodą opisy miłosnych zawodów, próby samobójczej, postępującego uzależnienia itd. To elementy stałe każdej biografii muzyków rockowych, nie brak tutaj anegdot i wątków typowo humorystycznych, wszak Peter Steele to również przekorny dowcipniś, który uwielbiał czarny humor, wykorzystując go równie często jak tworzone w tekstach neologizmy. I choć powszechna jest opinia, o którą zresztą zadbał sam zainteresowany, że Steele uwielbiał w życiu trzy czynności – jedzenie, seks i defekację, to jednak „Zgniła Zieleń” udowadnia, że ten prymityw to w gruncie rzeczy cholernie inteligentny facet. Lektura ta potrafi zaskakiwać jak dobry kryminał, bawić jak wyborna komedia i zemdlić jak wzorowe romansidło, choć to tylko dlatego, że mam wrażliwy żołądek i jestem zimnokrwistym draniem. 

Dostajemy oczywiście masę archiwalnych zdjęć, szczegółowy opis dyskografii wszystkich muzycznych wcieleń Petera i jego kompanów oraz relację z koncertów zespołu w Polsce, dzięki czemu jako fan, ale i czytelnik czuję się usatysfakcjonowany. Całość byłaby jeszcze bardziej zjadliwa, gdyby nie momentami przeintelektualizowany i nazbyt erudycyjny styl, popadający czasami w groteskę. Choć może taki był zamiar? To jednak mam wrażenie, że zamiast napisać: Peterowi muzyka od zawsze była bliska, Pan Maciej napisałby prawdopodobnie: Sztuka, której hołduje Polihymnia zakodowana była w kwasie deoksyrybonukleinowym Petera Steele’a, ale to tylko mały rodzynek w całym ciastku. Przepraszam tych, którzy lubią rodzynki!
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus