recent




"Drzewo nie może rosnąć bez korzeni" - wywiad z Dariuszem "Maleo" Malejonkiem

Dariusz Malejonek: to na naszej muzycznej scenie przykład człowieka, który nigdy nie spoczywa na laurach. Od ponad 30 lat gra, nagrywa i nieustannie tworzy muzykę. Niezliczona ilość projektów i zespołów, w które się angażował i nadal angażuje, stale się powiększa. O muzycznej przeszłości w trudnych czasach komunizmu, ale i o dzisiejszej aktywności opowiada z wielkim entuzjazmem.

fot. Jacek Wojtania (www.ckissepolno.com.pl)

Michał Pick: Urodzony buntownik, zawsze na przekór systemowi. Od dziecka szukał wolności i znajdował ją w muzyce. Przez 30 lat na scenie pozostał sobą – to cytat z książki poświęconej Twojej osobie „Urodzony by się nie bać”, której premiera już 17 sierpnia. Czy Maleo, którego znamy to naprawdę taki buntownik? Zawsze na przekór systemowi? Opis pasujący raczej do typowego punk rockowca. W czym przejawiał się ten bunt i przekorność?

Darek Malejonek: Urodziłem się kiedy jeszcze nie było wolnej Polski, ci którzy nie żyli w czasach komuny myślą sobie, że wyglądało to tak, że w telewizji opozycja nadawała na rząd, a tak naprawdę opozycja była głęboko w podziemiu. Cały czas była nękana represjami, było po prostu szaro. Niektórzy ludzie godzili się z tym systemem i próbowali wciągnąć się do różnych młodzieżówek, do partii, dzięki temu mieli pieniądze, dla mnie to było nie do pomyślenia, nienawidziłem komuny, a buntować się można było na dwa sposoby – poprzez działalność polityczną i – ja uważałem tę drogę za dużo lepszą – muzycznie. Wtedy na topie był punk rock, był jeden festiwal, w Jarocinie, gdzie wszystkie te kapele „zakazane” mogły raz w roku wystąpić. Nie wiemy dlaczego komuna pozwoliła na Jarocin, są różne teorie, może próbowali skanalizować ten młodzieżowy bunt i mieć go pod okiem. Tam można było śpiewać różne rzeczy, ale oczywiście władza robiła nam różne „psikusy”. Za tekst, w którym śpiewaliśmy dla wszystkich wolność (Izrael – Dla wszystkich wolność przyp. M.P.) spotykały nas szykany. Oskarżono nas o włamanie się do sklepu z futrami w Jarocinie, później okazało się, że w Jarocinie nie ma nawet sklepu z futrami! Oczywiście problemy były także z cenzurą, bo trzeba było śpiewać tak żeby młodzież wiedziała o co chodzi, a cenzor się nie zorientował. W tamtych czasach można było dostać za sam wygląd, pamiętam sytuację, gdy szedłem w skórze z paskiem z ćwiekami i w dredach od mojego przyjaciela Roberta Brylewskiego i w samym centrum Warszawy natknąłem się na patrol ZOMO, ruszyli na mnie z pałami, odwróciłem się chcąc uciec, a z drugiej strony nacierał taki sam oddział, pomyślałem sobie – no to koniec, przywarłem do murku żeby bolało jak najmniej, w pewnym momencie jeden z nich, prawdopodobnie dowódca złapał mnie za dredy i krzyknął mi do ucha – co to jest śmieciu społeczny?! I w tym momencie doznałem olśnienia. Mówię mu – panie władzo, to taka choroba skóry. Oczywiście puścił mnie z pełnym obrzydzeniem, bo nie miał pojęcia czym są dredy. Tak to wyglądało, stąd ten bunt.

M.P.: Jesteś często przywoływany w kontekście muzycznych legend naszej rodzimej sceny rockowej – mówiąc ogólnie. Doprawdy lista zespołów i nagranych z nimi płyt jest imponująca, ponad 30-letnie doświadczenie na scenie muzycznej uzurpuje prawo do takiego statusu, w tym bogatym portfolio szczególną sympatią darzę zespól Houk i to przy nim chciałbym się na moment zatrzymać. Pierwsze moje zetknięcie się z Houkiem to wczesne lata podstawówki i artykuł w „Tylko Rocku” z roku 1992, który zachował się w moim domowym archiwum, uwagę przykuło moje zdjęcie przywodzące na myśl klimat z okładek „Superfuzz Bigmuf” Mudhoney czy „Louder Than Love” Soundgarden, kilka lat później przy okazji pierwszego Polskiego Topu Wszechczasów na antenie Programu III Polskiego Radia usłyszałem utwór „Transmission Into Your Heart” i wspomnienie to wówczas wróciło. Do dzisiaj uważam, że Houk jest zespołem strasznie u nas niedocenianym, chociaż w pewnych kręgach wciąż cieszy się należytą estymą.

D.M.: Houk nigdy do końca nie wpasowywał się w nasze realia. My graliśmy muzykę garażową inspirowaliśmy się w tamtym czasie, a były to początki lat 90., muzyką głównie amerykańską, z lat 60.-70., takimi kapelami jak MC5, The Stooges, New York Dolls, Hendrix. Zawsze mieliśmy świetną publikę, ale dziennikarze muzyczni nie mogli nas w żaden sposób zaszufladkować. Potem nagle przyszła cała ta fala grunge’u, która też inspirowała się tymi samymi rzeczami i okrzyknięto nas „zespołem grunge’owym”. Houk bardzo dużo wtedy koncertował, graliśmy na Midem w Cannes we Francji jako pierwsza polska kapela, gdzie zajęliśmy bodajże drugie miejsce, a koncert był transmitowany przez, wtedy jeszcze, muzyczną stację MTV. Dzięki tej transmisji dostrzegł nas fiński reżyser Mika Kaurismäki, który przyjechał do Polski na festiwal filmowy do Warszawy i trafił do klubu Fugazzi na koncert Houka. Zakochał się w naszej muzyce i wykorzystał ją w swoim filmie „The Last Border”. Zawsze gram to, co kocham i tak było też z Houkiem i dzięki temu gram już od wielu lat. Zespoły się zmieniały, Houk w pewnym momencie się rozpadł, niestety dwie osoby z pierwszego składu już nie żyją, narkotyki i inne używki – wiele kapel rozpadło się z tego powodu.

M.P.: Czy Houk starał się walczyć z tą łatką „zespołu grunge’owego”? Wiele kapel grających muzykę rockową w tamtych czasach odgórnie mianowane były grunge’owymi i niejednokrotnie opierały się takiej kategoryzacji. Wydaje mi się, że i Houk wymykał się takiemu szufladkowaniu.

D.M.: Tak. My byliśmy w ogóle nie podatni na sugestie typu – musicie to złagodzić, musicie tamto zagrać inaczej itd. co powodowało, że byliśmy kapelą trudną do okiełznania. Houk był trochę taką czarną owcą, wszyscy nas kochali ale również się bali. Litza (Robert Friedrich przyp. M.P.) opowiadał mi potem, że gdy graliśmy z Acid Drinkers i zobaczyli nas po raz pierwszy, to byli przerażeni, chociaż oni też przecież byli uważani za „bad boysów”

M.P.: Wspomniałeś o Midem. Rok 93, zaledwie 12 miesięcy od wydania debiutu „Soul Amunnition”. Jak wielkie było to wydarzenie dla kapeli, która pochodziła z Polski, kraju który ciągle był jeszcze trawiony przez problemy postkomunistycznych przemian?

D.M.: Jasne, że było to wielkie wydarzenie, ale przede wszystkim trzeba powiedzieć, że problem polega na tym, że my nie mamy takich menadżerów, którzy mogliby nas na świecie wypromować. Gdyby ktoś z zagranicy postawił pieniądze na jakąś polską kapelę to może wyglądałoby to inaczej, ale oni wolą promować swoich. Na przykład taka Szwecja, która jest mniejszym krajem niż Polska, pod względem muzycznym jest potęgą. Mają bardzo mocno scenę popową, potężną scenę metalową, hip-hopową, nawet reggae się w Szwecji rozwija. Mają tam odpowiednich ludzi, którzy są gotowi wykładać naprawdę duże pieniądze na promocję. Weźmy chociażby Margaret, nie jest to moja bajka, ale jest to polska wykonawczyni, która promowana jest przez szwedzkich promotorów.

M.P.: Mimo wszystko zagraliście kilka bardzo dobrze przyjętych koncertów po Europie, a w planach był także występ na dużym amerykańskim festiwalu, do którego jednak nie doszło, mógłbyś o tym opowiedzieć?

D.M.: Wygraliśmy z Houkiem światowe eliminacje i mieliśmy grać z bardzo poważnymi wykonawcami, m.in. Ice-T, Hole czy Biohazard, ale w dniu wyjazdu anulowano nam wizy amerykańskie. Byłem kompletnie zniszczony, liczyłem na to, że będzie to dla nas szansa żeby wybić się na świat, miałem nawet takie plany żeby już tam zostać. Nowy Jork - centrum świata, setki klubów, można by grać cały czas. Kubeł zimnej wody w tej sytuacji to mało powiedziane, ale nie zniechęciło mnie to tak do końca, miałem doła przez chwilę, ale pomyślałem sobie, że trzeba grać tutaj, Europa w końcu też jest całkiem duża.

M.P.: Wówczas mógł ziścić się Wasz „American Dream” jakby nie było. Niemen próbował, Acid Drinkers próbowało, nawet Lady Pank nagrało płytę z przeznaczeniem na tamtejszy rynek, no i Houk był o krok.

D.M.: Tak, ale potem dużo nad tym rozmyślałem, nie mogłem tego zrozumieć i pytałem – Boże dlaczego tak się stało? Dlaczego zamknęły się te drzwi przed Ameryką dla mnie? i później zrozumiałem, że byłem wtedy bardzo słaby, dopiero wyszedłem z palenia marihuany, a paliłem 13 lat prawie codziennie i byłem po prostu podatny na różne rzeczy, więc prawdopodobnie tam mógłbym bardzo mocno wsiąknąć w narkotyki, w całe to życie, które kojarzy się z Nowym Jorkiem. Gdy cofnęli mi ten zakaz w paszporcie odwiedziłem Nowy Jork i tam jest tak, że jeżeli wpadnie się w złe środowisko to można totalnie popłynąć i zrozumiałem, że Bóg mnie przed tym uratował. Może osiągnęlibyśmy jakiś sukces, ale może ja bym to przepłacił życiem?

M.P.: Chciałem zapytać o samą etymologię nazwy Houk, bo gdzieś wyczytałem, że kojarzenie tego z indiańskim pozdrowieniem jest jednak mylne?

D.M.: Nie no, trochę jest to indiańskie. Houk tworzyli znani muzycy na warszawskiej niezależnej scenie muzycznej i był pomysł żeby wyjechać do Berlina Zachodniego, który był już wtedy otwarty, pojechaliśmy tam grać na ulicy i w pewnym momencie dołączyli się do nas peruwiańscy Indianie, to było niesamowicie fajne i od tego wydarzenia wzięła się nasza nazwa. Robert Sadowski zrobił nam jeszcze logo, takiego charakterystycznego ludzika. A sam Robert to był jeden z najlepszych gitarzystów rockowych i mówią tak o nim ci najwięksi, Skawiński, Łukaszewski czy Litza. To był po prostu geniusz, później realizował się jeszcze w zespole Kobong, ale niestety też przegrał z heroiną, podobnie zresztą jak basista (Tadeusz Kaczorowski przyp. M.P.)

M.P.: Po wydaniu drugiego albumu, „Transmision Into Your Heart” przeszliście personalne zmiany, zmieniła się także stylistyka, swego czasu mieliście nawet trzech gitarzystów niemal jak Iron Maiden, dlaczego więc w 2000 roku po wydaniu płyty „Extra Pan” Houk ostatecznie się rozpadł?

D.M.: Tego w sumie tak do końca nie wiemy. Na pewno pomiędzy muzykami musi być chemia, która będzie mnie napędzać do grania, muszę czuć że to nie jest dla kasy, a my nie jesteśmy kolegami z pracy, którzy przychodzą odbijają kartę i robią swoje. Wtedy Gruby grał już w Hey (Paweł Krawczyk przyp. M.P.), Bolek miał swój zespół (Tomasz Sierajewski przyp. M.P.), ja też robiłem już inne rzeczy i ta płyta była strasznie położona promocyjnie przez firmę, to nas trochę zdeprymowało, pomyśleliśmy że może zrobimy przerwę. Staraliśmy się, robiliśmy wszystko na 100%, a firma nas olała i płyta przeszła całkowicie niezauważona, wtedy się trochę obraziliśmy na ten cały mainstream. Ja z Litzą i Tomkiem Budzyńskim zaangażowałem się w zespół 2Tm23 i Houk przestał istnieć.

M.P.: Czy jest jednak jeszcze nadzieja, że Houk kiedyś powróci? Chociażby na jakiś okolicznościowy koncert, wiem że takie prośby pojawiają się nie tylko ze strony fanów, ale i także zaprzyjaźnionych muzyków.

D.M.: Myślę, że tak, może faktycznie byłaby to dobra okazja. Cały czas przychodzą do mnie maile z prośbami o reaktywację Houka. Jurek Owsiak zaprasza nas na Przystanek Woodstock, Jarocin stoi przed nami otworem, wszystkie festiwale w zasadzie nas zapraszają.

M.P.: Dobra, bo uczepiłem się trochę tego Houka, a nie był to Twój pierwszy zespół, zaczęło się od reggae, najpierw była Kultura, potem Moskwa i Izrael, jedne z pierwszych polskich zespołów reggae, gdzieś w międzyczasie Armia, skąd ta miłość do muzyki reggae? Która jak widać, trwa do dziś.

D.M.: W muzyce reggae jest bardzo dużo tekstów na temat wolności, w tej komunistycznej szarości, gdzie naprawdę nie było nic w sklepach, nie było klubów, reggae wprowadzało koloryt do naszego życia. Dzięki niej byliśmy jakby w innym świecie, żyliśmy muzyką i byliśmy impregnowani na ten cały system. Muzyka reggae, podobnie jak popularny wtedy punk rock, jest muzyką buntu, tylko bardziej duchową. Śpiewa się o armagedonie, totalna destrukcja może ten świat naprawić, tylko z gruzów można go odbudować. Punk rock z kolei głosił hasło „No Future”, które w zasadzie też wiąże się z tym, że należy zniszczyć cały ten dotychczasowy system.

Zawsze mieliśmy świetną publikę, ale dziennikarze muzyczni nie mogli nas w żaden sposób zaszufladkować. 
fot. Jacek Wojtania (www.ckissepolno.com.pl)

M.P.: Sporo się dyskutuje na temat polskiego reggae i jego muzycznego poziomu czy też procentowej zawartości „reggae w reggae”. Czy nie jest to trochę tak, że prawdziwe reggae, to płynące gdzieś z głębi duszy muzyków tworzących zespół potrafią grać tylko rodowici Jamajczycy, a my – biali, mieszkańcy Europy staramy się tylko nieudolnie ich kopiować? Czy aby prawdziwe reggae nie jest gatunkiem dla nas niedostępnym?

D.M.: Myślę, że nie. Ś.P. Sławek Gołaszewski mówił, że mamy prawo przyswoić sobie każdą muzykę, nie ważne czy jest to reggae, czy muzyka latynoska, punk rock czy muzyka rockowa. Właśnie, w końcu sam rock też był muzyką czarnych, pierwszym białym wykonującym rock’n’rolla był Elvis Presley i nagle wszyscy biali go pokochali, później byli inni - The Beatles, Rolling Stonesi, to samo było z reggae. Co ciekawe muzyka reggae jest na przykład bardzo silna w takich krajach jak Niemcy, jest tam taki wykonawca Gentleman, który zaczynał od Jamajki, gdzie wkręcił się w środowisko, uczył się jamajskiego dialektu i na jednym z bardzo dużych, transmitowanych telewizyjnie koncertów szczęśliwie załapał się do grona wykonawców, bo okazało się, że nie dojechał jeden z artystów. Nagle wszyscy Jamajczycy się zakochali. Jest jeszcze jeden znany biały wykonawca reggae, Alborosie, który pochodzi z Włoch, z Sycylii, co prawda mieszka na Jamajce od wielu lat, gdzie robi muzykę i jest tam bardzo znany.

M.P.: Jak ważną postacią w Twoim muzycznym rozwoju był Bob Marley? Dzisiaj (tj. 11.05.2016, gdy przeprowadzany był wywiad przyp. M.P.) przypada 35 rocznica jego śmierci. Niewątpliwie ikona muzyki reggae, czy nadal jest to niedościgniony wzór?

D.M.: Odkrycie Boba Marleya to było dla mnie coś niesamowitego. Pamiętam, gdy byłem nastolatkiem, a były to czasy głębokiej komuny, gdzieś w zachodniej prasie zobaczyłem jego zdjęcie. Wyglądał jak lew! To było niemożliwe! Był niesamowity, też chciałem mieć takie dredy. Pomyślałem, że skoro tak groźnie wygląda, to równie groźna musi być jego muzyka, włączam, a tam zupełnie co innego niż się spodziewałem. Muzyka reggae to przede wszystkim groove, totalny bas i bębny i to mnie zaczarowało, zapragnąłem grać reggae.

M.P.: Obecnie poświęcasz się bardzo grze w Maleo Reggae Rockers. Jakie jest to reaggae proponowane przez Maleo? Wszak mamy tam jeszcze człon „Rockers”, a oprócz tego pojawiają się także elementy muzyki afrykańskiej czy latynoskie rytmy.

D.M.: To jest tak, że gramy to czym nasiąkliśmy. Jako młody chłopak słuchałem dużo Santany i ta muzyka latynoska czy afrykańska cały czas we mnie gra, podobnie rock, którego słuchałem od dziecka. Tego nie można się wyrzec, to jest ta muzyczna szkoła, którą potem słychać w muzyce. Ja nie ukończyłem szkoły muzycznej, moja babcia była muzykiem operowym, chociaż również wtedy w czasach wojny nie mogła tej szkoły ukończyć. Pamiętam, że rodzice mówili mi, że skoro tak się poświęciłem, bo rzuciłem studia już na pierwszym roku żeby tylko grać, to może wziąłbym jakieś lekcje gry na gitarze aby mieć jakieś podstawy. Pomyślałem no dobra i zapisałem się do takiego staruszka, który świetnie uczył grać, ale byłem u niego tylko na jednej lekcji i gdy przyszedłem na drugą otworzyła mi jego żona, cała zapłakana i powiedziała, że właśnie wczoraj umarł, pomyślałem – nie to nie dla mnie. Potem doszedłem do wniosku, że skoro Luis Armstrong nie skończył szkoły muzycznej, ani Marley, ani Lennon czy Hendrix, to nie jest to niezbędne, ale trzeba bardzo dużo słuchać muzyki i grać, uczyć się od mistrzów.

M.P.: Dariusz Malejonek to także ojciec takich projektów jak Morowe Panny, Panny Wyklęte i Panny Wygnane, jak narodził się pomysł na te projekty?

D.M.: Musiałem dojrzeć do takiej tematyki patriotycznej, historycznej. Chcieliśmy pokazać młodym, że historia nie jest czymś nudnym. Bo lekcje historii mogą być bardzo nudne, jeśli nauczyciel nie ma tej charyzmy, daru czy jakiegoś powołania do bycia nauczycielem, a to niestety zdarza się bardzo rzadko. Postanowiliśmy więc zrobić muzykę i słowa do niej, które mówiłyby o konkretnych postaciach i ich historiach. Pierwsza płyta, „Morowe Panny” opowiadała o Powstaniu Warszawskim, w mojej rodzinie byli powstańcy, więc dla mnie było to bardzo ważne wydarzenie. Potem „Panny Wyklęte” czyli tematyka Żołnierzy Wyklętych, która była mi zupełnie obca, w szkole za komuny o tym nie uczono, to było wręcz zakazane, a o tych bohaterach mówiono, że byli to zwykli bandyci. Dopiero jak zacząłem te historie czytać to pomyślałem, że są niesamowite i nadają się na filmy.

M.P.: Jak myślisz z czego wynika wzmożone ostatnimi czasy zainteresowanie tematem Żołnierzy Wyklętych? Podejmowania tego tematu co raz częściej zarówno przez muzyków, jak i filmowców.

D.M.: Wiesz, ja się cieszę że nas nie można posądzić o koniunkturalizm, bo zaczęliśmy cztery lata temu, kiedy to nie było jeszcze popularne. Dlatego jak ktoś teraz mówi, że załapujemy się na tą modę, to mu mówię, że my tą modę właściwie tworzyliśmy, przy czym samo słowo „moda” nie jest tu odpowiednie. W tym projekcie my gramy muzykę, ale śpiewają znane polskie wokalistki – Halinka Mlynkowa, Kasia Kowalska, Lilu, Marika, Ania Rusowicz, Katarzyna Groniec, Monika Borzym i one piszą swoje teksty, jest to taki projekt ponad podziałami, to nie jest polityka i to chyba do młodych trafia.

M.P.: Wraz z Budzym w roku 2014, dokładnie w 70 rocznicę Powstania Warszawskiego zostaliście odznaczeni Złotym Krzyżem Zasługi, to chyba wystarczający dowód uznania i poparcia artystycznej działalności?

D.M.: Dla mnie to był szok, nigdy nie myślałem, że dostanę jakiś order od prezydenta. Miałem taką pokusę żeby go nie przyjąć, ale z drugiej strony pomyślałem, że to nie jest tylko moja własność, bo jest to własność też całego zespołu i wszystkich tych wokalistek i w związku z tym byłoby to trochę szczeniackie i ten bunt byłby raczej słaby. Przyjąłem to jako symbol tego, że ta historia i jej promowanie jest ważne, bo jak mówił Bob Marley – drzewo nie może rosnąć bez korzeni, a ta historia jest właśnie naszymi korzeniami, od których nie można się odciąć.

M.P.: Czy w związku z tym doczekamy się kontynuacji tego projektu?

D.M.: Tak, teraz robimy nowy projekt, który będzie o Holocauście. Dużo się mówi ostatnio o tym, że Polacy mordowali Żydów, że właściwie zamordowaliśmy więcej Żydów niż Niemcy w czasie II Wojny Światowej i tacy ludzie jak m.in. Jan Gross, który pisze o tym książki w Stanach cały czas oskarża Polaków o to, że mordowali Żydów i że im nie pomagali. Tak naprawdę Polska była jednym z niewielu krajów, w których za próbę pomocy Żydom groziła kara śmierci i była ona wykonywana automatycznie, a mimo tego mnóstwo rodzin z narażeniem swojego życia i życia swoich najbliższych na taką pomoc się decydowała. To jest największe bohaterstwo, prawdziwy heroizm i nie można mówić tak jak Gross, że wszyscy powinni pomagać Żydom, nie ma takich krajów, gdzie żyliby sami bohaterowie, bo zawsze są tacy, którzy się boją. Jasne, byli także szmalcownicy, tacy którzy wydawali Żydów za pieniądze, ale nasze państwo podziemne karało szmalcownictwo śmiercią. Uważam, że musimy walczyć o dobre imię Polski, o to że byliśmy naprawdę narodem bohaterskim.

M.P.: Z perspektywy swojego muzycznego doświadczenia – w czym upatrujesz przyszłość muzyki rockowej? Możemy zaobserwować powracającą modę na granie „vintage’owe” czy to dobry kierunek?

D.M.: Pomimo tego, że Internet w pewnym sensie zabił rynek muzyczny, bo nakład płyt są już dużo mniejsze, albumy można ściągnąć, to muzyka będzie trwać dalej i jej przyszłością są koncerty, muzyka na żywo. Można sobie włączyć na YouTubie koncert, ale to nie jest to samo, gdy jesteś tam na żywo.

M.P.: A jak oceniasz kondycje polskiego rocka? Jakieś młode, obiecujące zespoły warte wyróżnienia?

D.M.: Cały czas są i pojawiają się nowe i to właściwie w każdym gatunku. Tylko, że są niewielkie szanse na promocję tych ludzi, niewielu się udało tak jak Dawidowi Podsiadło czy Bednarkowi, którzy swoją szansę wykorzystali. Wierzę jednak w to, że jeżeli ktoś kocha to co robi i będzie wytrwale szedł swoją drogą nie zrażając się, że nie osiąga od razu sukcesu, tylko że publiczność trzeba sobie powoli wyrabiać i jeździć na koncerty, to mu się uda.

M.P.: Co powiesz o całym tym nurcie rocka chrześcijańskiego, a szczególnie o tak jego skrajnych przypadkach jak chrześcijański death metal czy unblack metal czyli black metal o treściach religijnych? Czy jest to ciekawy sposób na przekazywanie religijnej ideologii za pomocą muzyki czy też może zakrawa to już trochę o groteskę?

D.M.: To jest takie segregowanie. Dziennikarze muszą mieć swoje szufladki, a tak naprawdę muzyka dzieli się dla mnie na muzykę dobrą i złą. Jeśli kucharz jest chrześcijaninem, to gdy zrobi on zupę, to jest to zupa chrześcijańska? No nie, jest albo dobra albo zła i tak też jest z muzyką. To co gramy jest w nas, a te wszystkie określenia to takie łatki, ale wydaje mi się, że każdy styl jest dobry żeby grać to, co się kocha.

M.P.: Dziękuje bardzo za rozmowę.

D.M.: Również bardzo dziękuję.
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus