recent




Steven Wilson - "Przełom myśli"



Steven Wilson to zajęty człowiek. Jeśli akurat nie koncertuje albo nie nagrywa materiału na płytę, to zapewne produkuje albumy innym lub remasteruje klasykę rocka progresywnego. O tej pracowitości przekonaliśmy się na własnej skórze, gdy wielokrotnie zmieniała się data wywiadu. Do rozmowy doszło w ostatniej chwili – i mieliśmy bardzo dużo czasu, żeby wypytać muzyko o wszystko, co związane z najnowszym, elektryzującym albumem.


Konrad Beniamin Puławski: Steven, parę razy musieliśmy przełożyć tę rozmowę, ale nareszcie się nam udało. Jesteśmy Ci wdzięczni, że postanowiłeś uchylić w końcu rąbka tajemnicy na temat Twojego najnowszego albumu i nie tylko. Powiedz, jak odnalazłeś się w Polsce podczas jednego z ostatnich koncertów w Krakowie? W jakim stopniu zmieniło się to miejsce od ostatniego pobytu czy też od pierwszych Twoich odwiedzin?

Steven Wilson: Polska od czasu, kiedy zacząłem do Was przyjeżdżać zmieniła się niewyobrażalnie, zwłaszcza że kiedy przybyłem do Was po raz pierwszy, było tuż po upadku komunizmu (pojawił się z formacją Porcupine Tree 1 października 1997 roku w Krakowie - przyp. red.). To było nieco zaściankowe miejsce… Nie zrozum mnie źle, od ludzi biła oczywiście duża doza sympatii, ale przy tym jednocześnie zdawało się odczuwać pewną rezerwę. Ta "bariera" jednak znikała podczas samych koncertów, gdzie wszyscy najzupełniej w świecie zapominali o wszystkim i wariowali. (śmiech) Zauważyłem, że podczas ostatnich  20-stu lat Wasz kraj stał się bardziej żywy, a sama atmosfera i nastawienie naturalnie stały się znaczniej otwarte. To piękne być tego świadkiem. Wszystkie te zmiany na lepsze, ludzi, którzy tworzą czy też tworzyli ten - jeśli mogę tak się wyrazić - "nowy świat", powstały przecież relatywnie dość niedawno…


KBP: To prawda, minęło tylko czy też aż 25 lat. Sporo się zmieniło, ale w tym samym czasie zmieniała się również Twoja muzyka i to o niej chciałbym z Tobą dziś porozmawiać. Premiera Twojego albumu odbyła się w lutym i sam, chociaż nie mam w zwyczaju tak szybko dzielić się moją opinią, w tym przypadku muszę powiedzieć, że to naprawdę wciągające dzieło sztuki. Czy Ty sam jesteś usatysfakcjonowany rezultatem "Hand. Cannot. Erase."?


SW: Wiesz, w pewnym sensie, można powiedzieć, że gdybym usatysfakcjonowany w pełni nie był, takiego albumu na pewno bym ostatecznie nie wydał. Za każdym razem, kiedy kończę rejestrowanie materiału to wiem, że to, co stworzyłem jest absolutnie najlepsze, co mogłem z siebie akurat w danym momencie wykrzesać, bo odzwierciedla to dokładnie wszystkie emocje, które w tej chwili mi towarzyszyły. "Hand. Cannot. Erase." nie jest tu wyjątkiem. Kiedy kończyłem ten album, byłem z niego niesamowicie dumny, ale mówiąc szczerze, nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek być w stanie jeszcze raz go w całości przesłuchać. (śmiech) Jest w tym zatem pewna sprzeczność. Ja pracowałem nad tą płytą półtora roku. Zacząłem pracę nad materiałem latem 2013 roku i skończyłem z końcem 2014 roku. Wyobraź więc sobie, jak wiele razy słyszałem te kompozycje, zanim album był wreszcie gotowy do wydania. Pisałem, aranżowałem, nagrywałem, edytowałem, miksowałem, robiłem mastering… Prędzej czy później dochodzi się do punktu, w którym ta muzyka, niestety, ale staje się dziedziną nauki, zamiast częścią sztuki. Nie znaczy to jednak, że w tym samym czasie nie odczuwałem z pracy nad tą płytą przyjemności i satysfakcji. Mimo wszystko mam głęboką nadzieję, że nie będę miał okazji słyszeć tego materiału przez kolejne 10 lat. (śmiech)

KBP: Jakie były więc pierwsze reakcje od fanów i krytyków? Czy byli oni w równym stopniu podekscytowani co Ty? Wiesz, wielu nadal upiera się przy tym, że najlepszym pozostaje Twój trzeci album solowy "Raven That Refused to Sing (and Other Stories)". Ja wiem, że jest jeszcze zbyt wcześnie, aby cokolwiek deklarować, ale czy uważasz, że ostatni krążek podniósł poprzeczkę?

SW: Przede wszystkim jestem zdania, że oba zupełnie się od siebie różnią. Bez względu na to, co powiem, musisz wiedzieć, że z poprzedniej płyty jestem również bardzo dumny. To nagranie jest jednak zupełnie inne, zarejestrowane w stylu vintage, dość staromodnie - jakkolwiek by to negatywnie nie zabrzmiało. Z pewnością jest też bardziej powiązany z formą lat 70. "Hand. Cannot. Erase." miał być inny, ponieważ od początku trzyma się swojej bardziej współczesnej wizji brzmień.  Dużo większe jest samo instrumentalne zróżnicowanie. Ma w sobie bowiem muzykę elektroniczną, popowe dodatki, ambient... Na jej charakter składa się więc wiele istotnych elementów, gdzie każdy z nich odbija się inną częścią mojej muzycznej osobowości. Pod tym względem powiedziałbym, że "Hand. Cannot. Erase." jest dużo bardziej reprezentatywny wobec mojej osoby, podczas gdy "Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" koncentrował się raczej na jednym aspekcie mojej osobowości, którą z samego założenia ciągnie ku starszym stylom. Wielu fanów właśnie tego oczekuje, albumu przesiąkniętego mrokiem i eksperymentalizmami lat 70. Konrad, chodzi o to, że są ludzie, którzy to kochają i nieuniknione jest, że pozostaną przy tym myśleniu na zawsze, oczekując ode mnie podobnych na tę modłę płyt. Ja również miewam takie uczucia wobec muzyków, których cenię. Jestem obecnie w takim punkcie kariery, że nieważne, co zrobię, to zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że powinienem trzymać się obranego wcześniej toru, podczas gdy inni będą szczerze wdzięczni za to, że postanowiłem zmienić i nagrać coś zupełnie innego od poprzedniego wydawnictwa. To jest jedna z największych zalet, które niesie za sobą długa kariera muzyka. Byli przecież i tacy, którzy stanowczo twierdzili, że "Raven That Refused to Sing (and Other Stories)" nigdy nie powinno powstać. Ci właśnie ludzie są jednak zachwyceni "Hand. Cannot. Erase.". 

Dalszą część wywiadu przeczytacie w 18. numerze magazynu Lizard
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus