recent




Bristol International Jazz and Blues Festival (Bristol, 07-09.03.2014)

Bristol, miasto położone nad rzeką Avon w południowo-wschodniej Anglii. Prężny ośrodek kulturalny i naukowy, który poszczycić się może ponad setką zabytków. Najstarsze z nich pochodzą z czasów średniowiecza, a do najważniejszych zaliczamy: Katedrę Bristolską, Kościół St. Mary Redcliffe, Uniwersytet Bristolski oraz najstarszy dworzec kolejowy świata - Bristol Temple Meads. To właśnie tam rozpoczął się mój trzydniowy muzyczny maraton, podczas którego miałem przyjemność być świadkiem niemal 40-tu koncertów! Ilość i różnorodność stylistyczna muzyki mogła przyprawić o zawrót głowy, od jazzu tradycyjnego do funku, poprzez muzykę klasyczną, swing, afrobeat, rockabilly, blues, folk, itd. Doprawdy trudno uwierzyć, że to dopiero druga edycja tego festiwalu!

Lokalizacja tej imprezy nie jest przypadkowa. Począwszy od późnych lat 70-tych miasto to było miejscem narodzin takich zespołów post-punkowych, jak: Glaxo Babies czy The Pop Group. W latach 90-tych powstał tam znany na cały świat styl trip hop, określany również jako "Bristol sound". To z tego miasta wywodzą się takie zespoły, jak: Massive Attack, Portishead oraz Tricky. Scena jazzowa Bristolu nie pozostaje w tyle, bowiem jest ona domem dla takich osobistości, jak: Evan Parker, Andy Sheppard czy grupa Get The Blessing. Z Bristolu pochodzi również artysta graffiti Robert Banks, ukrywający się pod pseudonimem Banksy, którego prace zdobią wiele ulic tego miasta, a wśród nich słynny "Well Hung Lover". Narodziny festiwalu jazzowego w Bristolu są więc naturalną koleją rzeczy i zastanawiać może tylko fakt, że powstał on dopiero tak późno.

Andy Sheppard (fot. Rita Pulavska)
Spośród wielu scen muzycznych w Bristolu największą jest Colston Hall mogąca pomieścić ponad 2.000 widzów. Historia tego miejsca sięga roku 1867, kiedy to Colston Hall został oficjalnie otworzony jako sala koncertowa dla szerokiej publiczności. W latach 50-tych ubiegłego wieku grali tam tacy tytani jazzu, jak: Louis Armstrong, Duke Ellington, Sidney Bechet czy też Eddie Condon. To właśnie tam miała miejsce druga edycja bristolskiego festiwalu i doprawdy trudno sobie wyobrazić lepszą lokalizację na jej rozegranie.

Festiwal zainaugurował nie kto inny jak urodzony i mieszkający na stałe w Bristolu Andy Sheppard grający w duecie z brytyjskim gitarzystą Johnem Paricelli. Była to inauguracja w stricte jazzowym stylu z doskonałą interakcją pomiędzy dwoma muzykami. Spokojna, wręcz intymna muzyka odpowiadała atmosferze na widowni, wśród której panowała zupełna cisza, przerywana jedynie owacjami pomiędzy poszczególnymi utworami. Dwa dni później Andy Sheppard wystąpił po raz kolejny, ale tym razem w duecie z awangardowym włoskim maestro instrumentów perkusyjnych Michelem Rabbią. Muzyka duetu wymagała od słuchaczy maksymalnego wyciszenia i to nie tylko na sali, ale przede wszystkim w głębi siebie. W grze Shepparda wyraźnie było słychać inspiracje Janem Garbarkiem, natomiast czym natchniony był Włoch wie chyba tylko on sam. W skład jego instrumentarium wchodziło między innymi 6 metronomów, których nie omieszkał użyć jednocześnie, instrumenty smyczkowo-perkusyjne, elastyczne plastikowe rurki, którymi wymachując wydobywały dźwięk,  sample komputerowe (głos mówiony i operowy śpiew) i jakby mu tego było jeszcze mało brzmienie wydobywał również poprzez pocieranie i targanie swojej koszuli, a także uderzając się w policzki. Wbrew pozorom wszystkie te zabiegi podniosły występ tego duetu do niepospolitej artystycznej wartości.

Lillian Boutte (fot. Rita Pulavska)
Jakże odmienny nastrój panował podczas występów dwóch brytyjskich zespołów Moscow Drug Club oraz Gypsyfire, który odwoływały się do tradycji muzyki lat 30-tych, a konkretnie stylu Hot Club the France, tanga, a nawet muzyki cygańskiej.  Nie przeszkodziło to jednak obydwu zespołom sięgać również po bardziej współczesny repertuar. Usłyszeliśmy więc utwory takich artystów, jak: Tom Waits, Leonard Cohen, Edith Piaf, Duke Ellington, The Beattles, by zaraz potem ułowić uchem interpretacje słynnej ukraińskiej pieśni "Oczy Czarne" oraz ultraszybką wersję "Czardasza" Vittorio Mottiego. Mieszanka to była iście wybuchowa!

Znamienną cechą tego festiwalu było wiele odniesień do jazzowej tradycji. Do wyzwolenia tej reakcji przyczyniło się zapewne wiele przyczyn, ale po "saturnaliach", w jakich skąpały się nasze uszy przyzwyczajone do muzycznej papki słyszanej na co dzień w coraz bardziej komercyjnych mediach, ten zwrot do prawdziwego piękna był jak najbardziej w naturze rzeczy. Nie dziwi więc fakt, że na koncert The Big Band Swing Dance pod dyrekcją Denny Iletta i Jonny'ego Bruce'a przyszły tłumy ludzi. Większość ubrana w stylu z lat 30-tych i 40-tych, a wszystko po to, aby odtworzyć atmosferę złotej ery swingu. Jeśli swing, to naturalnie taniec! Parkiet aż trzeszczał pod tańczącymi, fruwały marynary, kolorowe krawaty i fikuśne kapelusze, a spod przykrótkich flanelowych spodni pobłyskiwały skarpetki we wszystkich kolorach tęczy. Tańczyły wszystkie pokolenia, młodsi i starsi, lepiej i gorzej, wyrażając tym samym swoje uwielbienie dla swingu, który kiedyś miał podobny status do tego, jaki ówcześnie ma muzyka pop.

Evan Christopher (fot. Rita Pulavska)
Odwołań do jazzowej tradycji było dużo więcej. Koncert zespołu Django a la Creole zaprezentował tzw. gypsy jazz, czyli połączenie jazzu nowoorleańskiego i stylu gry gitarowego mistrza Django Reinhardta. New Orleans Gospel Project na czele z charyzmatyczną wokalistką Lillian Boutte sięgnął jeszcze głębiej do historii jazzu wykonując takie evergreeny, jak: Joushua Fought the Battle of Jericho, Take My Hand Precius Lord oraz Down By the Riverside. Na uwagę zasługuje udział w tym projekcie Chrisa Barbera, pioniera brytyjskiego jazzu, który sławę na arenie międzynarodowej zyskał już w latach 50-tych. Repertuar Denny Illet Snr & Adrian Cox Quintet również oparty był na słynnych standardach jazzowych, a także bluesowych. W grze wszystkich wymienionych powyżej bandów było tyle wdzięku, tyle siły, tyle szerokiego stylu, tyle głębokich myśli i tak cudownej prostoty, że publiczność przyjęła wszystkie te koncerty niezwykle owacyjnie i z pełnym uznaniem, udowodniając jednocześnie, że tego typu repertuar ma wciąż bardzo wielu zwolenników.

Wielkim zainteresowaniem cieszył się również koncert wokalistki Jacqui Dankworth oparty na repertuarze Georga Gershwina. Mimo spektakularnej obsady wykonawczej (big band, kwartet smyczkowy i 200-osobowy chór!), interpretacje amerykańskiego kompozytora były raczej mało wyszukane, a tak wielkiej obsadzie wykonawczej wyraźnie brakowało zgrania. Niemniej jednak rozmach tego koncertu pozostawił na widzach duże wrażenie.

Miłośnikom muzyki klasycznej zapewne najbardziej przypadł do gustu koncert tria pianistki Kate Williams (Oli Hayhurst - kontrabas, Tristan Maillot - perkusja), któremu towarzyszyła orkiestra The Bristol Ensamble pod dyrekcją Williama Goodchilda. Koncert poświęcony był muzyce Billa Evansa, uznawanego za jednego z najlepszych jazzowych pianistów wszechczasów oraz francuskim impresjonistom, jak Maurice Ravel, Claude Debussy oraz Eric Satie. Twórczość wymienionych kompozytorów była wielką inspiracją w muzyce Billa Evansa, więc program tego koncertu był wręcz idealnie zestawiony, a dzięki doskonałym aranżacjom i profesjonalnemu wykonaniu zaliczyć go możemy do największych wydarzeń podczas całego festiwalu.

Beka Gochiashvili (fot. Rita Pulavska)
Rewelacją festiwalu był występ tria młodego gruzińskiego pianisty Beki Gochiashvilego (Tamaz Kurashvili - kontrabas, Justin Tyson - perkusja). Artysta jeszcze do niedawna był dla mnie anonimowy, aczkolwiek w Bristolu takowym nie był, skoro sala koncertowa wypełniona była niemal w komplecie. Nie trzeba było być znawcą, aby dostrzec, że Beka obdarzony jest niepospolitym i wysoko ukształconym  talentem. Jego gra pełna niewyczerpanej siły, ognia i drobiazgowego wykończenia w technice fortepianowej rokuje mu w przyszłości najpiękniejsze nadzieje. Koncertant wybrał sobie do popisu takie utwory, jak: Cantaloop Island (Herbie Hancock), Mr. PC (John Coltrane), Blue Miles (Chick Corea), wszystkie skomponowane przez jazzowych gigantów. W pamięci utkwiła mi jednak piękna, refleksyjna kompozycja Yellow Leaves autorstwa gruzińskiego kompozytora Giya Kancheli'ego dedykowana mieszkańcom Ukrainy. Karierę Beki Gochiashvilego należy śledzić bardzo uważnie, bowiem w niedalekiej przyszłości do wyżej wymienionego grona jazzowych mistrzów może dołączyć również i on.

W Bristolu wystąpiła również cała plejada rewelacyjnych gitarzystów. Obok Denny'ego Illety, również dyrektora artystycznego festiwalu, i Howarda Aldena grającego na gitarze 7-strunowej, na wyróżnienie zasługuje także organowe trio Jima Mullena. Szkocki gitarzysta imponował grą nadzwyczajnie jasną, czystą i wolną od wszelkiej szarlatanerii, przez co słuchało się jego muzyki niezwykle przyjemnie. Zdecydowanie większe napięcie towarzyszyło koncertowi Elliotta Randalla, który zaprezentował repertuar z pogranicza rocka, bluesa, jazzu i funky. Randall zasłynął już w latach 70-tych swym gitarowym solo w utworze Reelin' In The Years grupy Steely Dan. Mimo upływu lat jego gra wciąż nie zatraciła nic z rockowej drapieżności, a zdobyte przez lata doświadczenie jako muzyk sesyjny w takich grupach, jak chociażby Blues Brothers, pozwoliło mu pozostawić na widzach silne i niezatarte doznania. Na szczególną uwagę zasługuje interesująca interpretacja słynnego bluesowego standardu Stormy Monday. 

Zigaboo Modeliste (fot. Rita Pulavska)
Nie zabrakło atrakcji również dla zwolenników muzyki funky, która powstała w połowie lat sześćdziesiątych w Ameryce. Prekursorem tego stylu był nie kto inny jak James Brown i to właśnie z jego zespołu wywodzą się Pee Wee Ellis (saksofon) i Fred Wesley (puzon), artyści, którzy w zasadzie wynaleźli funk. Wraz z towarzyszącym im zespołem zagrali oni pasjonujący koncert, podczas którego po prostu trudno było usiedzieć w miejscu. Funky ma ten rodzaj specyficznego uroku, który wielu słuchaczom łatwiej zapada w pamięci niż chociażby muzyka jazzowa. Obaj panowie poruszają się w tej stylistyce bardzo sprawnie, czerpią z niej do woli i robią to w sposób wielce naturalny. To samo dotyczy się innego funkowego pioniera Zigaboo Modeliste (perkusja), współzałożyciela słynnego bandu The Meters. W Bristolu zagrał z zespołem The Big Chiefs. Zabrzmiały takie przeboje, jak m.in Cissy Strut oraz Just Kissed My Baby, które przyjęte były jak najbardziej uzasadnionymi grzmotami oklasków.

W gorących rytmach Afryki skąpany był występ grupy Osibisa. Założony w 1969 roku zespół zasłynął utworem Sunshine Day, który zapewne słyszał każdy nie zdając sobie sprawy z tego, że to właśnie ensemble z Ghany wykonało go po raz pierwszy. Ich radosna muzyka rozrzewniła serca słuchaczy, a ich sympatyczne melodie nie pozostawiały obojętnym nawet największego ponuraka. Świetne wrażenie pozostawili po sobie młodzi Brytyjczycy z kwartetu Indigo Kid prowadzonego przez wybornego gitarzystę Dana Messore. Zaprezentowaną przez nich muzykę najłatwiej określić jako fusion z doskonałymi, niezwykle melodyjnymi partiami solowymi gitary i saksofonu (Iain Ballamy). Ich kompozycje były nie tylko przyjemne w odbiorze, ale zarazem brzmiały bardzo nowocześnie.

Fred Wesley (fot. Rita Pulavska)
Odmienną atmosferę wprowadził bristolski Get The Blessing, którego sekcja rytmiczna stanowiła niegdyś podstawę słynnego Portishead. Zespół ten, który miałem przyjemność oglądać jakiś czas temu na festiwalu w Skopje, cieszy się u siebie w kraju ogromnym powodzeniem. Koncert był jednocześnie premierą ich kolejnego albumu Lope And Antilope. Nowy materiał brzmi bardziej hipnotycznie, aczkolwiek wciąż podstawą jest wyraźnie rockowy riff w basie. Get The Blessing po raz kolejny udowodnił, że to rewelacyjny zespół koncertowy, który uwielbia grać na wielkim pogłosie. Przekrzykujące się nawzajem partie trąbki i saksofonu zdawać by się mogło, że czasami wybrzmiewają w nieskończoność, powodując tym samym polirytmiczny chaos. Mnie osobiście bardzo ucieszył widok Jake'a McMurchiego grającego na połowie saksofonu tenorowego, a konkretnie na jego "fajce". Zabieg może mało skomplikowany, ale brzmi bardzo ciekawie.

Festiwal zakończył się występem irlandzkiej divy rockabilly Imeldy May. Zakończenie to było mało jazzowe, ale cóż z tego skoro na jej koncert przyszły tłumy. Na repertuar składały się zarówno covery, jak i piosenki aktorskie, wśród których znalazły się takie hity, jak Johnny's Got a Boom Boom, Mayhem oraz Psycho. Należy przyznać, że porównywana często do Billie Holiday Irlandka obdarzona jest nie tylko pięknym głosem, ale i niezwykłym talentem scenicznym, charyzmą, o jej seksapilu nie wspominając. Koncert Imeldy był wprost porywający, a ja sam stałem się jej kolejnym fanem.

Imelda May (fot. Rita Pulavska)
Wszystkich koncertów, które odbyły się podczas tego festiwalu nie da się opisać, bo po prostu nie mogłem na nich wszystkich być, chyba że mógłbym się rozdwoić albo jeszcze lepiej roztroić. W foyer sali Colston Hall odbyło się ponad 20 dodatkowych koncertów, na które wstęp był wolny i nie były to bynajmniej koncerty o mniejszej wartości artystycznej niż te na sali głównej. Na szczególną uwagę zasługuje występ niezwykle uzdolnionej wokalistki Tammy Payne, którą zapamiętałem z genialnej płyty Don't Think Twice zespołu Tamco. Dla miłośników jazzowej fotografii zapewne nie trzeba przedstawiać Davida Redferna, który podczas festiwalu miał wystawę swoich zdjęć. Można je było nie tylko oglądać, a w zasadzie podziwiać, ale i kupić. Ceny w przedziale od 3.000 do 12.500 tysięcy złotych i wierzcie mi, chętnych nie brakowało. Dodatkową atrakcją były również warsztaty muzyczne z takimi artystami, jak: Nii Tagoe (Osibisa), Elliott Randall, Andy Sheppard, Howard Alden, Pee Wee Ellis i Fred Wesley.

Znajomość sztuki wśród Brytyjczyków jest na tyle upowszechniona, że nie oczekują oni z obcej ziemi wyroków na to, co u nich ma się im podobać i gdzie mają się uganiać za muzycznymi wrażeniami. To spostrzeżenie sprawdzało się co chwila na wszystkich koncertach, czego najlepszym dowodem była niemal 100-procentowa frekwencja. Colston Hall w zasadzie od południa do północy był centralnym punktem miasta, czemu nie ma się co dziwić, bowiem dookoła panowała atmosfera wielkiego muzycznego święta. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko zaprosić wszystkich czytelników na kolejny Bristol Jazz and Blues Festival. Do zobaczenia w dniach 5-8 marca 2015 roku!

                                                                       Galeria zdjęć
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus