recent




Besides - "Zadumać się, przeżyć lęk, radość i smutek" - wywiad z Piotrem Świąder-Kruszyńskim oraz Arturem Łebeckim

Konrad Beniamin Puławski: Na początku może wyjaśnijcie, w czym się „myliliście”, jak na to wskazuje tytuł Waszego debiutanckiego wydawnictwa „We Were So Wrong”?

Piotr Świąder-Kruszyński: W wyborze tytułu na płytę, bo teraz wszyscy nas pytają, w czym się myliliśmy. A sprawa jest prostsza – to cytat z filmu "Prometeusz" użyty w jednym z kawałków i stąd zaczerpnęliśmy tytuł i utworu, i całej płyty. To było skojarzenie Pawła (Kazimierczak - przyp. aut.), niekoniecznie odnosi się do naszych pomyłek.

Artur Łebecki: Wstyd przyznać, ale do tytułu albumu chyba podeszliśmy trochę technicznie, a może lepiej powiedzieć – pragmatycznie. Co prawda mieliśmy pewną koncepcję na płytę, natomiast nie miała ona być tematyczna sensu stricto. Jeden z numerów miał taką nazwę nadaną przez Pawła, który z reguły tylko sobie znanym kluczem nadaje nazwy utworom. Ten akurat spasował również na tytuł albumu.

Nie należy spodziewać się stylistycznej rewolucji (...), skupiamy się na emocjach i tak nam pasuje.
KBP: Powstaliście w 2011 roku, a już uznają Was za jeden z najbardziej obiecujących post-rockowych kapel. Czy czujecie w związku z tym presję?

PŚ-K: Presję czujemy głównie w związku z kolejną płytą. Ta ma ciekawy odbiór, podoba się etc. Chcielibyśmy, żeby następna była krokiem dalej, wnosiła coś nowego. A czy jesteśmy obiecujący? Na naszym polskim rynku jest chyba mało takiej muzyki, więc każdy zespół może być w jakimś sensie „obiecujący”. Mamy nadzieję robić to, co lubimy i czujemy. Będzie nam bardzo miło, jeśli przy okazji będzie się to podobać innym.

AŁ: Ja się będę kłócił... Powstaliśmy w 2012 roku. Wtedy oficjalnie, kiedy zawiązał się cały skład. Zgadzam się z Piotrem, że każdy z zespołów niszowego gatunku może być obiecujący. Presji nie czujemy, może trochę dlatego, że w swojej skromności dalej tkwimy w malutkiej miejscowości na pograniczu. Do wielkiego świata karier i oczekiwań nam sporo jednak brakuje.

KBP: Post-rock to trochę hermetyczny gatunek. Czy czujecie się w roli, aby wprowadzić coś innowacyjnego czy raczej zamierzacie pozostać przy klasycznym wymiarze tej stylistyki?

PŚ-K: Jak na razie, po tym, co dzieje się na próbach, nie należy spodziewać się stylistycznej rewolucji, może trochę więcej rozbudowania. Nadal skupiamy się na emocjach i tak nam pasuje. Co będzie w przyszłości? Zobaczymy. W świecie zagrano już wszystkie dźwięki, kombinacje etc. Nie będziemy na siłę starać się być superoryginalni, bo to jest na dobrą sprawę niemożliwe. Liczy się tu i teraz, muzyka - emocje, jakie daje i jak upiększa czy też ubogaca życie. Po co komplikować.

AŁ: – Klasyczny post-rock. Ładnie brzmi. Tak perspektywicznie, sugerując też inne podgatunki. Też jestem ciekaw, do czego zmierzamy.

Stawiają na prawdę.
KBP: Wygrana w ogólnopolskim przeglądzie „Fonografika Young Stage” owocowała kontraktem na płytę. Czy bez tego dalibyście radę na promocję własnym sumptem i czy trudno jest dziś o zorganizowanie trasy koncertowej zespołu – bądź co bądź – niekomercyjnego?

PŚ-K: Tak, dalibyśmy radę, bo też tak zrobiliśmy. Wygrana dotyczy naszej drugiej płyty, debiutancka jest wydana i promowana własnym sumptem, z własnych oszczędności, przy wsparciu osób biorących udział w akcji crowdfundingowej na portalu polakpotrafi.pl oraz współpracy z managementem – Fantom Media. Co do organizacji trasy – w zasadzie nie jest to zbyt trudny temat, zawsze znajdą się miejsca, gdzie można zagrać dobre koncerty. Cały problem sprowadza się do kasy i ryzyka – czy ktoś będzie zainteresowany naszą muzyką. Kasa – paliwo, bus. Trzeba opłacić ludzi pracujących przy tym, szczególnie w klubach, czasem coś zjeść i wypić.  To są konkretne pieniądze, a zwrot jest w zasadzie uzależniony od frekwencji na danym koncercie. My jako mało znany zespół zaryzykowaliśmy, pomogły nam oczywiście pieniądze z akcji, za które dziękujemy! Na początku trasy baliśmy się, że to nie wypali, ale z koncertu na koncert było coraz większe zainteresowanie. Dziś mogę powiedzieć – udało się!

AŁ: To problem, z którym borykają się wszystkie amatorskie zespoły rozpoczynające swoją przygodę. Jest pewna linia, do której dociera się łatwo, natomiast przekroczenie jej wiąże się już z wyrzeczeniami i czasami wręcz twardym biznesowym podejściem. Nie wszystkich na to stać psychicznie, czasowo czy też finansowo. 

KBP: Za Wami trasa promująca pierwszy album. Moglibyście ją uznać za sukces? Z jakim odbiorem spotykacie się na koncertach?

PŚ-K: Jak wcześniej wspomniałem, początek nie zapowiadał się dobrze. Frekwencyjnie, bo odbiór jest dobry na każdym koncercie. To jest właśnie fajne w tym wszystkim, że ta muzyka robi wrażenie, podoba się i po koncertach dostajemy dużo ciepłych słów. Kolejne koncerty były więc coraz liczniejsze. To jest najlepsza część tej działalności dla mnie – koncerty na żywo. Już brakuje mi grania.

AŁ: – Tak. Odbiór jest często żywiołowy, a na ostatnich koncertach nawet graliśmy bisy.

Na pograniczu kariery i oczekiwań.
KBP: Wasza muzyka charakteryzuje się specyficznym klimatem. To swojego rodzaju droga – zresztą, jak sami ją określiliście – nostalgiczno-emocjonalną podróżą. Przyznasz jednak, że Wasz produkt jest bardzo dobrowolny w jego interpretacji. Czy macie w planach skupienie się na konkretnym koncept albumie, który przedstawiałby bardziej spójną i określoną historię?

PŚ-K: Wydaje mi się, że w przyszłości nie będziemy się skupiać na jakiejś konkretnej narracji. Nie mamy potrzeby czegoś takiego, zresztą każdy z nas może indywidualnie działać na różnych płaszczyznach, jeśli ma chęć wyartykułowania konkretnych opowieści. W Besides będziemy raczej katalizatorami emocji i indywidualnych narracji każdego z osobna – to nas cieszy i tak na ten moment do tego podchodzimy. 

AŁ: To jedno z moich marzeń scenicznych. Stworzyć ładny tematyczny spektakl, łącząc muzykę z aktorstwem, a wszystko spięte jednym tematem. Natomiast myślę, że jeszcze nie jesteśmy na takim etapie, aby to zrealizować. Prosimy jednak o uwagę wszelkie osoby parające się kinematografią, bowiem chętnie wzięlibyśmy udział w jakimś projekcie związanym z filmem.

KBP: Co przełożyło się na strukturę albumu stricte instrumentalnego? Czy z taką muzyką jest łatwiej o przebicie?

PŚ-K: Ja zauważam tutaj taką trochę dziwną sytuację. W szeroko pojętej muzyce rozrywkowej króluje śpiew, tekst, wokal etc. – muzyka jest drugoplanowa. Większe media nie chcą promować instrumentalnego grania, bo uważają, że nie ma on komercyjnego potencjału, nie zainteresuje odbiorców. Z kolei gram już w różnych projektach kilkanaście lat i to jest pierwszy zespół, który wzbudza takie zainteresowanie. Ta muzyka się podoba i może podobać się wielu osobom w różnym wieku, o różnych zainteresowaniach, co widzimy po koncertach. W pierwszym okresie graliśmy w wielu różnych miejscach, by pokazywać się jak najszerzej i byliśmy zaskoczeni, jak różni wiekowo ludzie interesują się tym graniem. Najpierw musi to jednak do nich dotrzeć. Nie dociera, bo masowe media się nią nie interesują, trzymając się tezy, że nikogo to nie zainteresuje. Koło się zamyka. Na szczęście jest Internet i dużo fajnych portali, otwartych ludzi, którzy promują taką muzykę. Wprost odpowiadając na Twoje pytanie – jest trudniej, bo brak wokalu jako fetyszu współczesnej muzyki rozrywkowej zamyka pewne drzwi. Kilkakrotnie usłyszeliśmy teksty typu – kurde to jest świetne, ale nie ma wokalu, to się nie sprzeda.  Z kolei na koncertach łatwo zostać zapamiętanym – bo jest bez wokalu, przestrzennie, chwytająco, emocjonalnie – „jakoś”. 

AŁ: Nie jest łatwo się przebić, jak zauważył Piotruś. Ja podchodzę do tego jednak trochę inaczej. Bardzo dobrych i charyzmatycznych wokalistów jest mało, a każdy zawsze na nich zwraca największą uwagę. Jest to również często najsłabszy element zespołów amatorskich. Poszukiwanie takich osób w naszej okolicy trwałoby wieki.

Liczy się tu i teraz.
KBP: Kładziecie duży nacisk na formę estetyczną albumu. Opowiedzcie, jak doszło do współpracy z Danutą Kazimierczak odpowiedzialną za zdobiące „We Were So Wrong” prace i dlaczego to właśnie je wybraliście jako te najbardziej odpowiadające Waszej muzycznej wizji?

PŚ-K: Danka jest prywatnie żoną Pawła, gitarzysty i niejednokrotnie coś już dla nas robiła, czy to przy wcześniejszym zespole czy też od początku Besides. Moim zdaniem Danka jest bardzo utalentowana. Jestem fanem jej stylu, wybór był dla mnie oczywisty. Zresztą nikt z nas nie miał wątpliwości, że będzie to dobre. A jest bardzo dobre. Ona ma taki trochę smutny, nostalgiczny styl. W sam raz do naszej muzyki zawartej na "We Were So Wrong". 

AŁ: Danka jest najmocniejszym ogniwem Besides i cieszymy się, że się zgodziła z nami współpracować. Potwierdzeniem niech będzie to, że wcale nie kładliśmy dużego nacisku na formę, natomiast prace Danki mówią same za siebie – jakby było inaczej.

KBP: Skąd u Was taka brzmieniowa precyzja? Czy to jedynie zasługa Waszego producenta, Adama Celińskiego? 

PŚ-K: Myślę, że to zasługa nas wszystkich – zespołu, jak i producenta. Od początku Besides staramy się dbać o brzmienie. Szukaliśmy tego, czego chcemy i wchodząc do studia mieliśmy mniej więcej określoną wizję tego brzmienia. Adam wyciągnął z tego ile się dało, dodatkowo odradzał nam pewne elementy przydatne może na koncertach, ale niekoniecznie w studio. Zresztą słusznie. Pamiętam, na początku bałem się jego podejścia. Wiesz, umawiamy się na sesję, pytania o sprzęt, co tam ma na stanie, z czego można skorzystać, co pożyczać etc. A jego pierwsze słowa – Panowie, stawiamy na „prawdę” -  brzmijcie jak Besides. Nie starajcie się grać na nie wiadomo jakim sprzęcie, nie kombinujcie. Nagrywajcie tak, żeby płyta nie była gdzieś z kosmosu, a na koncercie brzmienie siądzie, będzie z innej bajki. Grajcie na swoim, nawet jeśli to nie jest sprzęt z górnej półki.  To raz – dwa – nagrywamy na setę. Wiem, nie chcecie, ale spróbujemy. Zobaczycie, że później nie będziecie sobie wyobrażali innego nagrywania. I faktycznie – siadło – coś w tym jest. Bardzo dobrze nam się pracowało, twórczo i profesjonalnie, a „świtańce” będę pamiętał do końca życia.

AŁ: No tak, dbamy o brzmienie. Pomimo tego, że nasz sprzęt przez większość grających z nami, przed nami czy po nas zespołów zapewne nie został nawet zauważony - mówiąc eufemistycznie - to staramy wycisnąć z niego 100%. Nie mówię o głośności, a o jakości. Biorąc udział w castingu do jednego z telewizyjnych programów, członek jury podchodził do nas zaglądając, czy aby nie mamy jakichś magicznych pudełek z dźwiękami i czy to, co właśnie słyszał faktycznie wychodziło tylko spod naszych palców. Myślę, że tu świetnie zrozumieliśmy się z Adamem.

Nie kopiujemy, a robimy swoje.
KBP: Wiem, że wszyscy byli w jakiś sposób w przeszłości związani z innymi składami, co na pewno przełożyło się na Wasze doświadczenie. Powiedzcie, co nie powiodło się z poprzednimi zespołami, a co może wyróżnić Besides na tyle, aby w przyszłości odniósł sukces?

PŚ-K: Poprzednie zespoły (myśli). Ja bardzo dobrze wspominam wcześniejsze granie, dużo swego czasu koncertowaliśmy, jeździliśmy po różnych klubach etc. Mam na myśli moje doświadczenia w Jedynym Sensownym Wyborze i Kundlach. Mieliśmy nawet taki okres większego zainteresowania. Wprawdzie wiele lat temu, ale wygraliśmy jakieś przeglądy. Muzyka pojawiała się czasem w jakichś rozgłośniach, co prawda incydentalnie, ale jednak. Chyba brakło ciężkiej pracy związanej z promocją, determinacji i konsekwencji. Może czasu również. Mniej dbaliśmy o sprawy spójnego wizerunku, brzmienia etc. Liczył się rock’n’roll i przekaz. Kiedy zrozumieliśmy, jak się za ten zaniedbany obszar zabrać, było za późno – zespół się rozleciał. Do Besides podchodziliśmy już z bagażem doświadczeń, mając okazje wcześniej uczyć się na błędach. To pomogło. Nieraz obawiam się, że komuś z nas zabraknie konsekwencji, wytrwałości i znowu się wszystko posypie. Bo w tej branży wytrwałość jest bardzo potrzebna.

AŁ: Cały czas trzeba się wspierać i nie pozwalać na zwątpienie. Oczywiście nie jesteśmy gwiazdami, więc nasza tuba jest malutka, ale nawet aby dojść do naszej pozycji potrzeba sporo zaparcia. W moim przypadku, wstyd przyznać – sam odszedłem i zrobiłem sobie blisko 10-letnią przerwę na scenie. Trochę żałuję, ale jak widać – nawet po 30-ce można z powrotem zacząć "zabawę w zespół".

KBP: Czy wszyscy członkowie mają te same upodobania muzyczne czy może Besides to kolektyw Waszych niejednolitych stylistycznie inklinacji?

PŚ-K: Na pewno jest wspólny obszar – muzyka przestrzenna, klimatyczna, emocjonalna, ale każdy z nas słucha dużo różnej muzyki – od jazzu, klasyki, elektroniki do metalowych i punk-rockowych "łupanek". Więc pewnie te doświadczenia, inspiracje i doznania gdzieś przenikają w Besides.

AŁ: Przenikamy się w jakiś sposób fascynacjami, ale wyrastaliśmy na innych - chociaż sąsiadujących sobie - muzycznych podwórkach.  Dzięki temu czasami fajnie się uzupełniamy.

KBP: Na pewno znalazłoby się wiele zagranicznych zespołów, które stały się dla Was inspiracją, ale czy do źródeł Waszych wzorców można również zaliczyć któryś z polskich zespołów? Czy czujecie się na tyle silni, aby z nimi konkurować?

PŚ-K: Jasne, jest w Polsce zespół, który robi na mnie spore wrażenie i jest ekstra. Nic nowego nie powiem – Tides From Nebula. Oczywiście wszędzie się nas porównuje, ponieważ poruszamy się po przestrzeniach gatunkowo podobnych. Na szczęście jestem przekonany, że nie kopiujemy, a robimy swoje. Trochę mnie smucą opinie typu – pojawili się młodzi, będę konkurować czy dościgną? Czy będą tylko kopią czy pokażą coś innego? Czy jest dla nich miejsce na tej hermetycznej scenie? Po pierwsze, nie chcemy się z nikim ścigać, z nikim konkurować. Chcemy grać to, co czujemy. Jeśli uda nam się pozyskać wielu sympatyków, to super. Nie sądzę jednak, że moglibyśmy komukolwiek przeszkodzić, odebrać fanów etc. Po prostu urozmaicamy naszą powoli rosnącą post–rockową scenę. Swoją drogą dla mnie Tajdsi są wzorem własnej, konsekwentnej drogi kariery. Mocna niezależność, genialna muza i ciężka praca. Dlatego są tam, gdzie są i pewnie będą jeszcze dalej. 

Muzyka dla wrażliwych ludzi.
AŁ: Nic dodać.

KBP: Wasza muzyka to swoisty wachlarz emocji. Jak podchodzicie do każdej aranżacji? Czy jest to wynikiem przyjętej wcześniej struktury czy raczej swobodnych improwizacji?

PŚ-K: Aranże odbywają się na zasadzie zabawy, improwizacji i badania motywu czy też  motywów przewodnich. Rzadziej są to gotowe czy też zamknięte, wcześniej od początku do końca przygotowane przez jednego z nas rzeczy do przyswojenia. W sumie bardzo rzadko.

AŁ: Wałkujemy nowości dosyć długo, pozwalając sobie na szukanie różnych rozwiązań, które często przychodzą nagle, podczas grania.

KBP: Jak jest więc z koncertami? Czy są to wierne odwzorowania materiału z płyty?

PŚ-K: Na naszych koncertach nie spotkasz muzycznej improwizacji. Za to możesz wejść w inny świat, zadumać się, przeżyć lęk, radość i smutek. Są też bodźce wizualne – obrazy miksowane na żywo, czasem improwizowane, często gra świateł. Materiał jest grany wiernie. Taka jest nasza koncepcja, tak widzimy to my.

AŁ: Na koncertach gramy te same wersje utworów, co na płycie. Różnią się sample, ale przede wszystkim koncerty bardzo wzmacniają emocje podczas słuchania. Staramy się być szczerzy w przekazie. Na płycie nie jest to widoczne, ale na koncercie jak najbardziej. Do tego dochodzi gra świateł etc. Po prostu chcemy dać coś od siebie, a może najzwyczajniej lubimy być później chwaleni.

KBP: Rozumiem więc, że tak samo jak do wizualnego artyzmu albumu, równie mocną uwagę przywiązujecie do Waszych występów na żywo.

PŚ-K: Tak, staramy się, żeby każdy koncert był energetyczny, emocjonujący i dawał przeżycia. Prawie na każdym z nich pojawia się Justyna (Gurbisz - przyp. aut.), piąty członek zespołu, który jak już wspomniałem miksuje obrazy. Jeżeli technicznie jest to do ogarnięcia jest też z nami Antek (Dadal - przyp. aut.), który bawi się światełkami. Mamy nadzieję, że te koncerty są fajne – takie też dostajemy informacje zwrotne. Raz znajomy powiedział mi, że ma wrażenie, że to nie są zwykłe koncerty, tylko swego rodzaju muzyczne misteria, gdzie skupieni słuchacze uczestniczą w swoich własnych opowieściach. Ładnie, ale jako że jestem bardzo skromnym człowiekiem, nie do końca to kupuję.

AŁ: Tak, zdecydowanie. To najfajniejsza część tego, co robimy. Czasami zastanawiamy się, czy przyjemniejsze jest granie czy ten pozytywny feedback od  samej publiczności.

Nie chcemy się z nikim ścigać, z nikim konkurować.
KBP: Póki co reakcje na „We Were So Wrong” okazały się bardzo pozytywne. Czy jest coś, czego do tej pory żałujecie bądź wyobrażaliście sobie inaczej?

PŚ-K: Ja osobiście nie żałuję niczego. To, co teraz się dzieje jest dla mnie niesamowitą przygodą i daje dużo radości, a praca, którą się przy tym wykonuje to sama przyjemność, nawet jeśli czasem nerwowa i bez efektów.

AŁ: Ja też nie. Wszystko idzie w ramach, które sobie wytyczyliśmy i raczej szybciej niż wolniej. Rodziny też jeszcze nie ucierpiały za bardzo, chociaż średnio licząc graliśmy blisko jeden koncert tygodniowo przez ostatnie 12 miesięcy. Jak na amatorów i to z taką gatunkową muzyką, to chyba dużo.

KBP: Jaki jest więc Wasz priorytetowy cel?

PŚ-K: Grać muzykę. Muzykę dla wrażliwych ludzi. Wiem, że to brzmi banalnie, ale tak jest. Wszystko inne to tylko pochodne tego celu. Cała promocja, nagrywanie, załatwianie koncertów – wszystko to prowadzi do tego, że chcemy grać i sprawia nam to ogromną satysfakcję. Czym więcej ludzi docenia to, co robimy, tym więcej rośnie prawdopodobieństwo, że uda się nam przetrwać i robić to tak długo, jak długo starczy weny, sił i zdrowia.

AŁ: Ponadto chcielibyśmy grać na dużych festiwalach, np. na OFF-ie. No i trasy zagraniczne.

KBP: Powiedzcie, o jakim świecie „wrażliwości i emocji” mówicie na Waszej stronie? Czy taki świat naprawdę można znaleźć tylko w muzyce? Co stanowi jego wyróżniający się element?

PŚ-K: (myśli) Kurczę, trudne pytania zadajesz. Ja to kiedyś napisałem w jakieś „natchnionej chwili” i spasowało mi do Besides. Jest tak, że ten rodzaj estetycznej ekspresji z jakiej korzystamy, kojarzy mi się z zatrzymaniem, skupieniem, wewnętrznym przeżywaniem. Taka muzyka nie powinna być tłem do wykonywania codziennych czynności – przynajmniej ja tak mam – muszę się jej oddać w całości. Jak bywam na koncertach z podobną muzą, tam nie ma szału zabawy, tańców, pogo i skakania ze sceny. Najbardziej intensywnym przejawem ruchowej ekspresji jest co najwyżej rytmiczne kiwanie głową. Za to najważniejsze - przynajmniej dla mnie - jest wewnętrzne przeżywanie, chłonięcie każdego dźwięku. To się nawet cieleśnie przejawia w dreszczach i gęsiej skórce, ale do tego trzeba zatrzymania i skupienia. A świat pędzi i nie zawsze jest możliwość, a pewnie też nie każdy chce lub wie, że tak można. Pewnie do tego odnoszą się te moje słowa, ale ja już nie pamiętam.
KBP: Na koniec przedstawcie Waszą wizję rozwoju. Czy na polskim poletku post-rockowych ekwiwalentów jest jeszcze miejsce na kolejny odpowiednik tego typu stylistyki? Jak zamierzacie się wyróżnić?

PŚ-K: Wizja rozwoju jest na najbliższy okres prosta – zagrać na wiosnę kilkanaście dobrych koncertów, spróbować zainteresować muzyką kilka fajnych festiwali, przygotować i nagrać materiał na drugą płytę i dalej grać i promować. Czy jest miejsce na kolejny post-rockowy band? Nasza dotychczasowa droga pokazuje, że chyba jest. Powoli wzrasta zainteresowanie naszą muzyką. Stajemy się w tej niszy trochę rozpoznawalni. Gatunek też jakby w Polsce jeszcze nie zbadany do końca i krąg odbiorców raczej się poszerza. Jak się wyróżniać? Robiąc swoje i budując markę Besides bez względu na okoliczności. Konsekwentnie. 

KBP: Serdecznie dziękuję za wywiad i życzę Wam powodzenia.

PŚ-K: Dziękujemy również. Pozdrawiamy wszystkich czytelników! Pamiętajcie o nas.
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus