recent




Kevin Wojtasiak podsumowuje rok 2012

Jeżeli chodzi o mój gust, to rok 2012 był absolutnie świetny! Nie wiem czy to kwestia większej świadomości muzycznej, czy rynek tak obrodził dobrymi płytami, ponieważ praktycznie w każdej niszy muzycznej nagrane zostały perełki których słucha się z "bananem" na twarzy. Zarówno jeśli chodzi o metalowe petardy, progresywne zawijasy, czy też inne specyficzne hałasy. Wiadomo, że zdarzyły się zawody - jak to w życiu - ale nawet ich dało się po jakimś czasie słuchać. Najważniejsze, że w żadnym miesiącu tego roku nie cierpiałem na deficyt dobrych produkcji. Aha, i żeby nie było. Z Polski niestety nic mnie nie zachwyciło. Ale dość już przynudzania, pora na mój długi, aczkolwiek czysto subiektywny zestaw płyt roku 2012.

ŚWIAT
1. Cannibal Corpse "Torture" - Czołowi przedstawiciele death metalu prosto z USA z każdym kolejnym krążkiem mimo siwizny na karku "kopią w pysk" coraz mocniej. Można mówić, że to wszystko już było; odgrzewany kotlet, ale co z tego skoro wystarczy posłuchać otwierającego album Demented Agression by przekonać się, że tak grać potrafią tylko oni. Najbrutalniejszy krążek 2012 roku. Żaden kawałek nie odstaje,  riffy są chyba nawet lepsze i surowsze niż  na poprzednim albumie, a Webster z każdym longplayem coraz lepiej operuje basem (solówka w The Strangulation Chair! ). Oni na swoim poletku są najlepsi i nie muszą już nic nikomu udowadniać.

2. Ihsahn "Eremita" – Wszystko zostało zawarte w recenzji. Nikt tak nie łączy black metalowej furii, awangardy i progresywnych zawijasów jak on. Absolut i płyta o której będzie głośno za 20 lat.

3. Rush "Clockwork Angels" – Piszę trochę nieobiektywnie bo trudno inaczej jeśli piszę się o jednym ze swoich ulubionych zespołów, ale ich najnowszy i być może ostatni krążek to prog/hard rockowe cudeńko z miejscowymi metalowymi zapędami i wzruszającą balladą The Garden.  Cały koncept liryczny to już jednak materiał na dłuższy esej. Na podstawie tekstów została napisana nawet książka. Dinozaury rocka. Niezniszczalni, jak oni to robią - prawie 40 lat w muzycznym biznesie. Flirty z prog rockiem, grungem, metalem, new wavem,  brzmieniami new romantic i wszystko to na najwyższym poziomie.

4. Marillion "Sounds That Can’t Be Made" - Mocno ambiwalentny mam stosunek do tego zespołu. Z jednej strony płyty z Fishem uważam za czołowe osiągnięcie muzyki neo-progresywnej i dałbym się pociąć za każdą z nich, a z drugiej strony nigdy nie wdrożyłem się do końca w erę post-fishową. Co nie zmienia faktu, że nowy album statecznych wiekiem panów to całkiem fajny kawałek muzyki. Bardzo spokojnej, wyciszonej i powiedziałbym, że w wielu momentach ezoterycznej. Delikatny wokal Hogartha, smakowite solówki Rothery’ego. Na początku kompletnie nie mogłem przebić się przez tego kolosa (ponad 70 min. muzyki!), ale z czasem polubiłem się z nim i dałem mu szansę. Mimo dwóch słabszych momentów w postaci Invisible Ink i Montreal to chyba najlepszy album Marillion w XXI wieku.

5. Ulver "Childhood’s End" - O tym albumie wszystko napisałem w recenzji. Dla przypomnienia. Wybór najlepszych psychodelicznych utworów z lat 60. w aranżacji Ulver. W powietrzu wciąż unosi się nostalgia i niepowtarzalna atmosfera. Smakowity kąsek dla każdego fana muzyki lat 60.

6. Flying Colors "Flying Colors"  - Muzyczni wirtuozi i czołowi przedstawiciele sceny progresywnej spotkali się z popowym wokalistą by zrealizować chilloutoworockowy krążek bez zobowiązań. Wyszło bardzo przyjemnie. Utwory takie jak Blue Ocean z genialnym basem czy beatlesowskie Fool In My Heart zaśpiewane przez Mike’a Portnoya rozchmurzą największego ponuraka. W przeciwieństwie do kolegi z redakcji, uważam że ten album bardzo dobrze broni się po dłuższym czasie. Zero nadęcia, czysta radość i porywające kompozycje. Bardzo fajny skok w bok i liczę na kolejny longplay.

7. Sinister "The Carnage Ending" - Holenderska szkoła death metalu na najwyższym poziomie. Uwielbiam zespoły gdzie paru facetów w sile wieku spotyka się po pracy by nagrać szczery do bólu kawał topornego death metalu z riffami spod kategorii "neck-breaking". Po takich płytach nie oczekuje się cudów. Tu chodzi o solidny dźwiękowy kop w cztery litery. A Sinister zawsze był w tym dobry.

8. Asphyx "Deathhammer" – Holenderska szkoła death metalu, część II. Prawdopodobnie najbardziej znany przedstawiciel z Niderlandów znów nagrał miażdżący swoim ciężarem krążek. Czuć w tym autentyczną szczerość i miłość do old-schoolowego  ataku na najwyższym poziomie, ale przeplatanego doom-metalowymi riffami, które kruszą ściany. Ugh!

9. Graveyard "Light’s Out" - Piękny album. Podróż cztery dekady wstecz w oparach zielska i alkoholu. Kilku chłopaków rodem ze Szwecji, którzy brzmią jakby odbyli podróż wehikułem czasu. Retro rock na najwyższym poziomie, ale w melancholijnym sosie.

10. Orchid "Heretic" – Jest Graveyard to będzie i Orchid. To taki Black Sabbath "wannabe" XXI wieku. Same hity pełne tłustych okraszonych stonerem riffów, plumkającego basu i analogowego ciepłego brzmienia. Jedynie trzy nowe kawałki, ale jak ktoś kiedyś o nich napisał: bardziej Sabbathowi niż Black Sabbath.

11. Aborted  "Global Flatline" - Najlepsze dzieło jakie popełnił ten belgijski zespół. Ekstremalny grindcore, który wyrywa z kapci i rozjeżdża jak walec. Nic dodać, nic ująć. Dla koneserów - ja łykam bez popitki.

12. Neal Morse "Momentum" –  Kolejne dzieło solowe Neala Morsa znanego z genialnej super grupy Transatlantic. Nieco gorsze od  poprzedniej "Testimony 2". ale to dalej prog rock na najwyższym poziomie z lekko soft-rockowym zacięciem i miejscowymi king-crimsonowymi brzmieniami gdzieś z okresu "Red". Gdyby tylko facet odpuścił sobie pół godzinne utwory, bo w niektórych momentach niestety zaczyna leciutko przynudzać.

13. Swans "The Seer" - Album wielki, ale i trudny. Kolos nie do przejścia dla co mniej wytrwałych. To podróż po najmroczniejszych zakamarkach ludzkiej duszy. Najlepsza płytka Swansów od czasu reaktywacji.

14. The Flower Kings "Banks Of Eden" – Wrócili po 5-letniej przerwie i zrobili mi najwspanialszy prezent jaki mogli. W końcu zamiast nagrywać dwugodzinny album z którego muszę wybierać sobie co smakowitsze kąski, nagrali jeden krążek stanowiący monolit od początku do końca. Smakowita suita Numbers i kilka krótszych kompozycji to esencja prog rocka lat 70. podana we współczesnym sosie. Roine Stolt wziął  to co najlepsze z twórczości Yes, Emerson, Lake & Palmer, Pink Floyd czy Franka Zappy, a na końcu dodał odrobinę flower-kingsowskiej symfoniki co dało najlepszy krążek The Flower Kings od czasów "Stardust We Are".

15. Steve Hackett "Genesis Revisited II"  - "Must have" dla każdego fana prog rockowych brzmień z lat 70. Legendarny gitarzysta Genesis zaprosił wielu znamienitych gości takich jak Mikael Åkerfeldt z Opeth, Nik Kershaw, Roine Stolt czy Steve Rothery i nagrał od nowa wybrane przez siebie utwory Genesis z jego najlepszego okresu plus parę własnych utworów solowych. Nowa wersja według mnie najlepszej suity w historii rocka progresywnego "Supper’s Ready" spowodowała - przynajmniej u mnie - opad szczęki. Dwadzieścia kilka minut muzycznego orgazmu. Zresztą każdy utwór na tym dwupłytowym albumie to perła. Silna rekomendacja dla każdego fana dobrej muzyki!

16. My Dying Bride "A Map Of All Our Failures" - Tak grać Doom potrafią tylko oni. Majestatyczna gotycka atmosfera, artworkowy turpizm, baudelairowski klimat, ale i wspaniałe kompozycje pełne bólu, smutku i utraconej miłości. Nie ma tutaj wielkiej rewolucji w stosunku do poprzednich albumów. Na pewno jest wolniej. To już raczej "ślimacze" pogrzebowo-doomowe prędkości okraszone cudownymi partiami skrzypiec i "płaczących gitar". I ten wokal Aarona. Facet jest jedyny w swoim rodzaju. Mało kto tak pięknie potrafi akcentować słowa bo kto nie wzruszy się przy The Poorest Walt?

17. Storm Corrosion "Storm Corrosion" - Najbardziej oczekiwany przez moją osobę album 2012 roku. Dwóch moich ulubionych współczesnych artystów, Steven Wilson oraz Mikel Åkerfeldt  którzy spotkali się by dać upust swoim fascynacjom muzycznym, nie mogąc zrealizować ich w swoich macierzystych zespołach. Album anty-metalowy. Trudny do ogarnięcia, ale zaskakująco intensywny, olśniewający i wyciszony. Niekiedy bardzo minimalistyczny w swoich dźwiękach. Słychać dużo inspiracji psychodelicznym folkiem spod znaku Comus, elektronicznymi plamami rodem z Popol Vuh i ambientowymi podróżami w głąb siebie, które co niektórym mogą kojarzyć się z płytami Lustmord. Płyta, która wymaga warunków do docenienia i dużej dozy skupienia, nie dająca się sklasyfikować żadnym gatunkom i szufladkom. Samotna noc z lampką wina w dłoni i słuchawkami może zagwarantować wspaniałą muzyczną podróż pełną przecudownych pejzaży.

18. Gojira "L`enfant Sauvage" - Tym razem złożoność kompozycyjna ustąpiła miejsca melodyjności. I dobrze, bo Francuzi fajnie rozłożyli proporcję i wyszedł całkiem fajny album. Bardzo organiczne i klinicznie precyzyjne brzmienie. Jedna ze wschodzących gwiazd współczesnej sceny metalowej.

19. Katatonia "Dead End Kings" -  Wszystko zawarłem w recenzji. Kolejna porcja smutnego rocka na jesień w świetnym i coraz dojrzalszym wydaniu.

20. Om "Advaitic Songs" –  Muzyczna podróż gdzieś w pustynne krainy arabskie. Totalny odlot i trip muzyczny,  który najlepiej robi w stanach odmiennej świadomości. Islamskie inkantacje, senne wokale, transowy klimat, sekcja oparta na basie w połączeniu z sennym wokalem i ambientowym sosem zapętla się w głowie na długo. Uwierzcie!

21. God Seed "I Begin" – Przyjemne rozczarowanie. Myślałem, że nowy projekt Gaahla i King Ov Hella z Gorgoroth będzie standardowym łojeniem dla Rogatego, a okazało się zupełnie inaczej. Black metal, który został okraszony industrialnymi momentami (skojarzenia z Ministry!) i konceptem spirytualistyczno-metafizycznym to świetna dawka muzyki dla koneserów gatunku.

22. Candlemass "Psalms For The Dead" – Bogowie doom metalu, najbardziej posępnego gatunku muzycznego z możliwych, żegnają się z fanami krążkiem, który godnie zamyka ich karierę. Tutaj nie ma co dodawać. Tak grać potrafią tylko oni, ja nie wiem jak ten Leif Edling potrafi pisać tak samo kruszące riffy. I jeszcze ta posępna atmosfera z nawiedzonymi wokalami Robert Lowe. Żal, że to ich ostatni album.

23. Suicidal Angels "Bloodbath" – Perełka thrash metalowa. Młodzi gniewni tłuką gdzieś pod styl Kreatora z czasów „Pleasure To Kill„, ale robią to w sposób tak szczery, że głowa sama macha w rytm. I jeszcze ten niepowtarzalny grecki akcent wokalisty. Tak się powinno grać thrash w XXI wieku.

24. Aura Noir "Out To Die" – Nikt nie potrafi nagrywać tak chamskich, cudownie obskurnych płyt, pełnych brudnych thrash/black metalowych dźwięków zawierających beztroską szczerą wściekłość. Aż ma się ochotę napisać: Piwo, ogórki , konserwy, thrash metal bez przerwy - jak mawiał klasyk.

25. Magma "Félicité Thösz" – Album o trudnej nazwie i trudny w odbiorze. Czołowi reprezentanci nurtu progresywnego zwanego wdzięcznie zeuhlem, prezentują muzykę mocno awangardową, pełną free-jazzowych improwizacji, odlotów i kraut-rockowych pejzaży. Warto poświęcić trochę czasu by ogarnąć tę płytkę.

26. Therion "Le Fleurs Du Mal" - Therion pożegnał się na długie lata z fanami, nagrywając album z coverami francuskich piosenek miłosnych na symfoniczną modłę. Specyficzne, ale bardzo interesujące muzyczne doświadczenie.

27. Dying Fetus "Reign Supreme" - Mistrzowskie połączenie techniki oraz death metalu na najwyższym poziomie. Uwielbiam albumy na którym jest odpowiednia dawka onanizmu technicznego muzyków w połączeniu z solidnym atakiem na bębenki uszne. I ten growl... Porządny strzał w dziesiątkę prosto z USA.

ZAWODY
Wiele świetnych albumów zapewne pominąłem bo było ich w tym roku tyle, że nie sposób zapamiętać.
Do tych, które mnie zawiodły zaliczyłbym trójkę znanych thrash metalowych wyjadaczy: Kreator – "Phantom Antichrist", Destruction - "Spiritual Genocide" oraz Testament – "Roots Of The Earth". Idziemy dalej... Wiem, że muzykę trzeba sprzedać, że rynek rządzi się swoimi prawami, a płyty trzeba "umelodyjniać" by zainteresować nimi młodzież, ale nie wolno zapominać, że w tym wdzięcznym gatunku muzycznym zwanym thrash metalem chodzi głównie o to by uszy krwawiły... A po przesłuchaniu ww. krążków to na moich uszach osiada lukier i cukier - tak słodkie melodyjki zaimplementowali do nich panowie. Co najgorsze, każdy z tych zespołów na koncertach to pierwsza liga i gdy poleci któryś z klasyków to rozpętuje się totalna wojna. Nie można tego powtórzyć na płytach ?

1. Nile "At The Gates Of Sethu" - Nie wiem czy formuła death metal w egipskich klimatach zaczyna się wypalać czy po prostu tym razem kompozycje nie są najlepsze. Gdzieś od połowy albumu zaczyna się nuda, a fatalna produkcja jeszcze pogłębia uczucie irytacji. Spadek formy.

2. Carach Angren "Where The Corpses Sink Forever" – Znowu album przyjemny w słuchaniu, ale nic w tym odkrywczego, a tym bardziej głębokiego. Rzemieślniczo-symfoniczno black metalowe granie okraszone ciekawą, acz horrorową "historyjką". Bez uniesień.

3. Anathema "Weather Systems" – Dla mnie porażka roku. Ja rozumiem, że komuś się może podobać muzyka zawarta na tej płycie, ale dla mnie to zamulająca, po prostu nudna płyta, bez żadnych... momentów. Gdzie ta dawna Anathema?

4. Grave Digger "Clash Of The Gods" – Toporne gitary, sflaczałe melodie, zżynanie z własnej twórczości, degrengolada twórcza. Gorsze to nawet od ostatnich płyt U.D.O., a myślałem, że bardziej topornie heavy metalu grać się nie da.

5. Fear Factory – "The Industrialist" -  Dlaczego zawód? Wszystko w recenzji.

DVD
1. Steven Wilson "Get All You Deserve" – Do tej pory nie mogę sobie darować tego, że nie dane było mi widzieć Wilsona w Poznaniu, ale to wydawnictwo trochę wynagrodziło mi mój ból. Długi, pełen highlightów z solowej twórczości Wilsona koncert. Z jednej strony klinicznie precyzyjne wykonanie utworów (prawie 26-ścio minutowy Raider II!), a z drugiej porywające improwizacje, Jethro Tullowe folkowe wstawki, obłędne psychodeliczno-space'owe plamy klawiszowe i ten bas Nicka Beggsa z Kajagoogoo. Poezja.

2. Porcupine Tree "Octane Twisted" – Skoro jest i solo Wilsona, to będzie i z jego macierzystym zespołem. Świetne wykonanie w całości niedocenianej „The Incident„ i wybrane utwory z całego przekroju działalności (Even Less, czy Arriving Somewhere But Not Here - porywające wykonania).

3. Hammerfall "Gates Of Dalhalla" – Koncertowy "best of" power metalowej bestii ze Szwecji. Gościnny udział byłych muzyków zespołu, największe hity, świetna sceneria i wysoka forma kapeli. Słucha się wybornie.

4. Iron Maiden "En Vivo!" - DVD nagrana w Chile na koncercie promującym trasę "The Final Frontier World Tour". Jak to Iron Maiden - nie zawodzą. Świetnie się słucha.

5. Led Zeppelin "Celebration Day" -  Tutaj chyba nie ma co się rozpisywać. Najbardziej oczekiwany album koncertowy 2012 roku nie zawiódł.

NADZIEJE NA ROK 2013
Suffocation, Devourment, Immortal, Satyricon, Riverside, Steven Wilson, Helloween, Yes, Believe, Cult of Luna, Tool, Slayer, Opeth, Depeche Mode, King Diamond, Black Sabbath, Amon Amarth, Alestorm, System Of A Down, Avantasia, Dark Funeral, Soen, Obscura, Imperium Dekadenz...
Udostępnij to!
    Komentarze Facebook
    Komentarze Disqus